- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Moje popkulturowe top 100 roku 2025 cz.2
Moje popkulturowe top 100 roku 2025 cz.2
Lecimy dalej
Witam w drugiej części zestawienia stu dzieł popkultury, które w ubiegłym roku w jakiś sposób przypadły mi do gustu. Ponownie zaznaczam, że nie silę się tu na szeroką pojętą “najlepszość”, a po prostu prezentuje swoją, bardzo subiektywną listę. Jeśli ktoś jeszcze nie widział odsłony poprzedniej to zapraszam o tu:
Brzydka siostra

Turpistyczna wersja baśni o Kopciuszki, która powinna się spodobać tym uważający, że Substancja była zbyt ugrzeczniona. To rodzaj kina, który znęca się zarówno nad bohaterkami, jak i widzem, może czasami nawet do przesady, ale ta ohyda służy tu jako narzędzie bezceremonalnej krytyki społecznej i to dotykającej spraw jak najbardziej aktualnych. Emmillie Blischfeldt nie bawi się w półrśrodki serwując film mroczny i ohydny, ale przez to też fascynujący.
Duster

Mam słabość do takich podukcji. Serial J.J Abramsa garściami czerpie ze starych komedii sensacyjnych, których patronem pozostaje Burt Reynolds i jego wąsy. Josh Holloway (znowu gra Sawyera z Zagubionych, ale tutaj to super pasuje) wciela się tutaj w kierowcę pracującego dla potężnego gangstera rządzącego w Phoenix. Jego życie obraca się o 180 stopni, kiedy kontaktuje się z nim młoda i ambitna agentka FBI (czarnoskóra, wątek rasowy jest tu dość istotny), która próbuje nakłonić go do działania na rzecz agencji, bo uważa, że tragiczna śmierć jego brata wcale nie była wypadkiem. Pomysł wyjściowy jest prosty, wręcz schematyczny, ale kurde, jak to dobrze się ogląda. Charyzmatyczni bohaterowie, efektowne pościgi i zagęszczająca się intryga sprawiają, że to idealna pozycja do bezpretensjonalnego relaksu. Całość kipie od narracyjnego luzu i zabawy konwencją. Po prostu wszystko się tu zgadza.
28 lat później

Cudowne i obecnie bardzo rzadkie uczucie — pójść do kina na wysokobudżetową, gatunkową produkcję i w czasie seansu kilka razy nie móc uwierzyć w to, co właśnie odjebało się na ekranie. Co prawda 28 lat później jest przedstawicielem zjawiska wszechobecnej sequalizacji, ale nie ma nic wspólnego z łatwym skokiem na kasę opartym na sentymencie do lubianej franczyzy. Danny Boyle pokazuje, że nawet w tak na wskroś wyeksploatowanej konwencji, jak filmy o zombie, jest miejsce na śmiałe eksperymenty i powiew świeżości. To obraz ciągle wyrywający widza ze strefy komfortu, czy to za sprawą dosadnego okrucieństwa czy wybijąjacego z rytmu montażu. Można ten film pokochać albo kompletnie się nim zmęczyć, ale chyba trudno podejść do niego w sposób neutralny. I właśnie dlatego, wszyscy powinniśmy kibicować jego kinowym wynikom.
Mleczarz

To jedna z tych książek, w których czytelnik zostaje wrzucony w samo centrum wydarzeń i zasypany informacjami, o jakich nie może mieć jeszcze pojęcia. Do tego jest to opowieść pozbawiona imion, nazwisk i nazw miejsc. Narratorką jest tu pewna nastoletnia dziewczyna (średnia siostra) dorastająca w latach siedemdziesiątych w pewnym mieście, gdzie trwa konflikt o podłożu polityczno-religijnym. Dziewczyna wyróżnia się w sumie tylko jedną rzeczą — lubi czytać książki w czasie spacerowania, czym przykuwa uwagę tytułowego Mleczarza. To brzmi zupełnie niewinnie, ale wystarczy, aby odpalić iskrę plotek, od której w końcu zapłonie jej życie. Burns przeprowadza świetną wiwisekcje zbiorowej histerii oraz funkcjonowania w środowisku, w którym żaden gest nie jest bez znaczenia. Początkowy chaos rozjaśnia się powoli i wymaga cierpliwości, ale jak już w końcu wszystko kliknie jak trzeba, to nagle orientujemy się, że wraz z bohaterką doskonale poruszamy się po tym świecie. Wymagający pewnej siły woli start wynagradza język — od początku błyskotliwy i porywający.
Ja, Fadi

Spin-off jednego z najważniejszych komiksów autobiograficznych XXI wieku, czyli “Araba przyszłości” Riada Sattoufa. Tym razem skupiamy się na uprowadzonym do Syrii przez niezrównoważonego ojca, młodszym bracie autora. Sattoufowi udała się rzecz niezywkła-utrzymał wszystkie elementy, za które pokochaliśmy jego wcześniejsze prace, ale jednocześnie stworzył odrębną, posiadającą swoją własną tożsamość historię. To żadne obcinanie kuponów, a start kolejnej ważnej opowieści. Dla mnie rzecz obowiązkowa, zwłaszcza jeśli już znamy Araba przyszłości
Superman

Superman w interpretacji Jamesa Gunna jest trochę jak Ted Lasso. Jego dobrotliwość można początkowo wziąć za naiwność, ale to świadomy wybór sposobu radzenia sobie z rzeczywistością, którego konsekwencji jest świadomy. Mam wrażenie, że może Lubie ten film trochę za bardzo, bo jest przeciwieństwem tego, czym w tego rodzaju kinie byłem już zmęczony. Fajnie zobaczyć Supermana, którego nikt nie próbuje na siłe umraczniać. . Fabuła to czasami niezły pierdolnik, ale mi te wszystkie dziwactwa sprawiły sporo radochy. Ostatni Syn Kryptonu w tej wersji nosi swoje gacie na wierzchu bez cienia wstydu i to w nim jest piękne.
Samotność w centrum wszechświata

Jako osoba od lat otwarcie pisząca o swoich problemach z depresją bardzo cenię sobie dzieła kultury, których twórcy także poruszają ten temat. Samotność w centrum wszechświata może dołączyć do tego grona, choć tym mamy do czynienia z albumem tak bezkompromisowym i w pewien sposób brutalnym, że nie polecałbym go każdemu. Zoe Thorogood nie ma hamulców w przedstawieniu najmroczniejszych i najbardziej krępujących momentów swojego pogrążonego w depresji życia. Autora ciągle zmaga się z nienawiścią do samej siebie i choć próbuje odnaleźć skierowaną do środka łagodność, nie wychodzi jej to za dobrze. Znakomicie przekłada chaos panujący w jej głowie na komiksową narrację, której daleko od jednolitości. Pełno tu eksperymentalnych plansz, kolaży i zmian używanej estetyki, co pogłębia rozedrgany charakter całości. Choć znalazło się tu sporo miejsca dla czarnego humoru i pewna nadzieja w postaci oddania się pracy twórczej, to historia uderzająca w naprawdę czułe struny, zwłaszcza jeśli ktoś sam ma doświadczenia z depresją. Zdecydowanie warto się zapoznać, ale jeśli jesteście w gorszym momencie swojego życia, to lepiej poczekać na moment, kiedy poczujecie się mocniejsi.
Strefa gangsterów

Przykład serialu, który potrzebuje czasu, aby w pełni się rozwinąć. Początkowo to solidna produkcja gangsterska, której największymi zaletami są klimat oraz obsada (Tom Hardy, Pierce Brosnan, Hellen Miller). Na efekt wow trzeba poczekać, ale warto to zrobić, bo potem robi się rewelacyjnie. Świetnie działa tu opadanie masek postaci, które po jakimś czasie nie są w stanie już ukrywać swojej prawdziwej natury. w połączeniu z bandycką otoczką daje groteskowy efekt. Bo ostatecznie wszystko tu rozbija się o chęć pokazania swojej wartości starszyźnie. Trochę jak gangusowa Sukcesja. Warto zaznaczyć, że produkcja mocno przerysowaną, także pod względem aktorskich szarży. Jeśli ktoś ma ochotę na taką mroczną, świetnie zrealizowaną fantazję to powinien być zadowolony.
Stanisław Lem. Ursula K. Le guin. listy 1972-1984

Pozycja skierowana do hardych miłośników science-fiction, do tego zainteresowanych wydawniczą historią tego gatunku. Wymiana prowadzona przez Lema i K. Le Guin skupia się w dużej mierze na obustronnym narzekaniu na kondycje prozy fantastyczno-naukowej, kontrowersjach wokół obecności Lema w Science Fiction & Fantasy Association oraz problemów z wydaniem „Czarnoksiężnika z Archipelagu” w Polsce Ludowej. Choć najważniejsze pozostają tu rozważania na temat tworzenia fikcji spekulacyjnej i roli, jaką powinna ona pełnić w kulturze. Przy okazji to także zapis nietypowej, rozwijającej się przez lata przyjaźni dwóch wielkich twórców, którzy nigdy nie spotkali się na żywo. Coś dla szukających umysłowego pobudzenia, bo fanów książek Lema i Le Guin pewnie nie trzeba za bardzo zachęcać do lektury.
Naga broń

Nie nazwałbym nowej Nagiej broni najlepszą komedią dekady, ale seans uważam za bardzo udany. To ten rodzaj lekkiego, letniego kina, którego celem jest tylko i wyłącznie wywołanie śmiechu u widzów. Ta seria zawsze strzelała humorem we wszystkie strony, czasem trafiając, a innym razem pudłując. I tak jest tym razem — slapstick, żarty słowne, czysty absurd, nawiązania popkulturowe i humor niskich lotów (pierdy, segzy itp.) mieszają się tutaj nieustannie. Jest w tym filmie kilka sekwencji przezabawnych (Bałwanek, parodia przesłuchania z Mission: Impossible czy próba wydostania się z auta-pułapki), które moim zdaniem dorównują klasycznym gagom z filmów z Leslie Nielsenem. I również tak jak w nich były momenty, kiedy chciałem zasłonić oczy z poczucia zażenowania. Boki mam jeszcze całe a gacie suche, ale jeszcze teraz uśmiecham się na wspomnienie kilku co bardziej udanych żartów. A to już wystarczająco wiele, aby spokojnie zachęcić do oglądania. Parodia jako gatunek jeszcze nie umarła.
Hiroszima

Ten tekst uznawany jest przez wielu za najważniejszy amerykański reportaż XX wieku. John Hersey opisuje w nim skutki zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimie. Nie skupia się jednak na politycznych i militarnych konsekwencjach jej wybuchu, a przedstawia losy kilku zwyczajnych mieszkańców miasta. Za sprawą tej zabiegu otrzymujemy historię ludzi, których życie zmieniło się w kilka sekund za sprawą katastrofy wymykającej się ich pojmowaniu. Hersey nie szczędzi drastycznych szczegółów — pełno tu opisów ludzkiego cierpienia i desperacki prób radzenia sobie z apokalipsą. Dzisiaj ten rodzaj perspektywy jest w reportażach czymś powszechnym, ale wtedy był prawdziwą rewolucją i sprawił, że mieszkańcy USA w dużej mierze zmienili swoje spojrzenie na zagładę Hiroszimy oraz Nagasaki. Nie jest to lektura łatwa, ale zdecydowanie warto się jej podjąć. Choć książka nie jest za długa, to ciężar emocjonalny jest tu większy niż w niejednym opasłym tomiszczu.
Zniknięcia

W 2022 roku Zach Cregger zwrócił uwagę miłośników horrorów ciepło przyjętymi Barbarzyńcami. Sukces tego filmu ewidentnie pozwolił mu rozwinąć skrzydła, bo za sprawą Zniknięć można mówić o nim jako jednym z następnych mistrzów współczesnego horroru. Reżyser ponownie używa prowadzonej niechronologicznie narracji, za której sprawą poznajemy perspektywę poszczególnych bohaterów. Spokojnie poznajemy tu perspektywę wszystkich bohaterów, a zabawa campowym horrorem łączy się tu z krytyką amerykańskich przedmieść, niczym w najlepszych książkach Stephena Kinga. Ten film bywa wręcz groteskowy, ale związany z tym czarny humor także służy jako sposób na zniwelowanie potencjalnego napuszenia. Cregger potrafi kreować interesujące postaci i przedstawiać obserwacje społeczne, ale porzuca też rozrywkowego charakteru tego rodzaju kina.
Dept. Q

Podchodziłem niepewnie, bo na pierwszy rzuta ten serial wyglądał jak kalka z moich ukochanych Kulawych koni. Wielka Brytania, grupa zadaniowa złożona z przegrywów ze skrajnie cynicznym dupkiem na czele - trochę dużo tych podobieństw. Jednak szybko okazało się, że Dept Q ma na siebie osobny pomysł i idzie w zupełnie innym kierunku niż opowieści o drużynie pod wodzą Jacksona Lamba. Mniej tu humoru i satyry, a więcej poważnego przedstawienie wszelkiego rodzaju traum i problemów psychicznych. Samo śledztwo jest zaskakująco wciągające, mroczne (sam nie wiem czy nie podchodzi już pod eksploatacje cierpienia) i wypełnione zwrotami akcji. Jak ktoś lubi opowieści o nieudacznikach mających szansę zrobić coś dobrego, to powinien być zadowolony.
Mleczna droga

Podczas lektury tego komiksu co chwilę miałem ochotę pójść pod prysznic, aby jakoś się oczyścić. Komiks Miguela Vary opowiada o parze młodych ludzi żyjących na włoskiej prowincji. Marco i Stella nie są ze sobą szczęśliwi — go męczy jej bezczelność i emocjonalnie rozchwiane, a ona ma problem z jego bezczynnością oraz ciągłymi problemami w łóżku. Marco jest uzależniony od swojej dziewczyny, która płaci za jego studia, a nawet kurs prawa jazdy. Ich sytuacja jest ewidentnie niezdrowa, ale przechodzi w naprawdę toksyczne rejony, kiedy Stella zaczyna dorabiać jako opiekunka dla dziecka u Lulu — nieodpowiedzialnej kobiety, która sprawia odpychające wrażenie. Jednak widok wyciekającego z jej piersi mleka rozbudza u Marco żądzę, których istnienia nie był świadomy. Vara wyciąga ze swoich bohaterów to, co najgorsze i obnaża wiele nieprzyjemnych prawd o ludzkich relacjach. To w dużej mierze opowieść o dynamice władzy w związku i wynikającym z niej wzajemnym uzależnieniu. Jeśli lubicie ten rodzaj niepokoju, to Mleczna droga” powinna Was zainteresować.
Bałtyk

Dokument w reżyserii Igi Lis opowiada o prowadzącej kultową, zlokalizowaną w Łebie, wędzarnie ryb pani Mieci To rodzaj opowieści skupiających się na przedstawieniu życia “prawdziwych ludzi” - Pani Miecia i jej załoga pokazani są bez romantyzowania i ubarwień. Bhaterka pali szluga za szlugiem i próbuje koordynować swoją ekipę, w której wyróżnia się mający ewidentne problemy z alkoholem Piccolo. Dużo tutaj lokalnego folkloru i humoru wynikającego z bezpośredniego podejścia do życia — tu pani Miecia schowa kasę za biustonosz, tam wyciągnie ją z czajnika. Jednak co jakiś czas przebija się spod tego wszystkiego prawdziwy dramat — choroby, marazm i problemy z używkami. Właścicielka wędzarni jawi się tu nie tylko jako pracodawczyni, ale też siła napędowa lokalnej społeczności. Wszystko to całkiem sprawnie płynie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że film jednak zbyt mocno ślizga się po powierzchni. Pomimo poczucia pewnego niedosytu naprawdę zachęcam wybrać się na tę podróż do świata małej nadmorskiej gastronomii.
Metal Gear Solid Delta: Snake Eater

Ta gra nie mogła spełnić moich oczekiwań, bo oryginalny Snake Eater, w którego nigdy nie zagrałem, obrósł dla mnie takim mitem, że prze lata jawił się jako ostateczne cyfrowe przeżycie. Po zderzeniu się z remakiem mam mieszane uczucia - gra się nadal fajnie, ale rozgrywka bywa tu bardziej upierdliwa niż ekscytująca, a niektóre rozwiązania brzydko się zestarzały. Jednak do MGSów zawsze bardziej niż rozgrywka przyciągały mnie fabuła i unikatowy styl narracji Kojimy. Teraz już nie wszystko siada tak dobrze - filozoficzne wywody bohaterów czasami są po prostu bełkotliwe, ekspozycja goni ekspozycję, a niektóre cutscenki są stanowczo za długie. Nadal ma to pewien urok, ale czasami miałem poczucia męczenia buły. Nie zmienia to faktu, że kiedy Kojima dowozi jakiś pomysł, to robi to dobrze jak mało kto w tej branży. Jak w finałowej walce z The Boss. Niesamowity moment, w którym gameplay, fabuła, zaangażowanie emocjonalne i oprawa audiowizualna idealnie ze sobą się łącz w jedno z najpiękniejszych growych doświadczeń w historii. Człowiek nagle zapomina o wszystkich uwagach i w pełni angażuje się w to co dzieje się na ekranie. I te kilka minut czystych growych emocji wystarczy, aby warto było w tego MGSa zagrać.
Silksong

Piszę ten tekst za pomocą ręki, na ktorej widnieje tatuaż z bohaterem “Hollow Knighta”, więc możecie się domyślić, że na wyczekiwałem na konytnuację hitu Team Cherry. “Silksong” jest rodzajem sequela, który lubię - od razu poczułem się w nim, jak w domu, ale gameplay został na tyle zmodyfikowany, że można mówić o autonomicznym tytule. Przygoda Hornet jest dynamiczniejsza i chyba bardziej zręcznościowa od poprzedniczki. Świat jest wielki, przepiękny i świetnie przemyślany pod kątem eksploracji. Walki z bossami też oferują growe doznania najwyższej próby. Design napotykanych przeciwników i postaci to osobne dzieło sztuki. Nie obyło się jednak bez zgrzytów - niektóre sekwencje platformowe są koszmarnie irytujące, a ławeczki pozwalające na zapis gry ponownie często ustawiono za daleko od obossów. Jednak te niedogodności to cena, którą warto zapłacić za tak wspaniała przygodę.
Minuta ciszy sezon drugi

Podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu, ten serial przypomina, że da się u nas poruszać tematy tabu w sposób bezpardonowy, a jednocześnie nie ograniczać się do taniego szokowania. Historia poczciwego listonosza, który zrządzeniem losu wchodzi do brutalnel branży pogrzebowej ponownie staje się wyjściem do opowieści o ludzkiej zawiści i interesach, które często przekładane są nad szacunek do zmarłych. Chciałoby się powiedzieć, ciszej nad tą trumną, ale trudno to zrobić kiedy awantura nad nią jest tak angażująca.
Wielki marsz

To ciekawy przykład filmu, który ogólnie polubiłem, ale stwierdzam, że nie jestem jego docelowym odbiorcą. Ekranizacja dystopijnej powieści Kinga o biorących udział w sadystycznym wyzwaniu młodzikach robi wrażenie ralizacją niełatwego materiału, bo bohaterowie przez większość czasu dosłownie idą przed siebie i rozmawiają. Jednak zostało to podane w taki sposób, że film trzyma w napięciu do samego końca. Na pewno dużo w tym w zasługi świetnej obsady aktorskiej i sprytnych sztuczek realizacyjnych. Jestem jednak chyba zbyt cyniczny, aby w pełni kupić prowadzone przez bohaterów wzniosłe rozmowy na temat społecznych nierówności itp. Jednocześnie wydaje mi się, że dla młodszych widzów ten seans może być czymś więcej niż tylko zwykłą rozrywką.
Projekt Rust

Pięknie wydany i wciągająco przeprowadzony przez Jakuba Demiańczuka wywiad rzeka z Marcinem Rusteckim, czyli byłym redaktorem naczelnym wydawnictwa TM-Semic. Tak, tego dzięki któremu na początku lat 90 do polski trafiły zeszytówki ze superbohaterami z Marvela i DC. Jednak to nie tylko historia o wydawaniu opowieści o mocarzach w rajtuzach - to możliwość poznania nietuzinkowego człowieka i artysty, który nie boi się walić prosto z mostu. Dla ludzi wychowanych na kupowanych w kiosku komiksach ze Spider-Manem pozycja obowiązkowa.
Jedna bitwa po drugiej

Paul Thomas Anderson wraca z cała swoją twórczą brawurą oraz ocierającą się o megalomanię pewnością siebie. Efektem jest przytłaczający i odbierający dech filmowy zapis paranoi czasów współczesnych. Fabuła gna do przodu na łeb na szyję i pozostawia widza w ciągłym poczucie zagrożenia. Anderson uprawia reżyserską woltyżerkę, ale robi to bez żadnej wpadki. Niesamowite, że w tym kontrolowanym chaosie znajduje też miejsce na niezwykle intymny wątek relacji ojca z córką. Kino totalne, w którym każdy element służy budowie artystycznej wizji.
Sezon spadających gwiazd

Nowy komiks Marcina Podolca toopowieść o dorastaniu w małym miasteczku na początku lat 2000. Za sprawą jednostronicowych zabawno-smutnych historyjek przedstawia życie wrażliwego nastolatka, który nie potrafi odnaleźć się w swoim środowisku. Koszykówka jest dla niego ważna , bo tylko ona jest w stanie uchronić go przed wszechobecnym marazmem. Choć otoczenie bohatera wydaje się banalne do bólu, to zdarzają się w nim elementy wyciągnięte jakby z realizmu magicznego, jak w historyjce o piłce, która rzucona po prostu zawisła w powietrzu. Podolec świetnie przedstawia tu ten okres w życiu nastolatka, kiedy dochodzi do rozkroku pomiędzy byciem dzieckiem a młodym dorosłym. Z jednej strony wciąż zajmują go głupawe dowcipy i bójki z kolegami, z drugiej pojawiają się pierwsze problemy uczuciowe czy poważne wybory życiowe. Polecam lubiącym smutniejszy rodzaj humoru.
Oślizgłe macki, wiadome siły

W swojej najnowszej książce, znany między innymi z “Podkastu Amerykańskiego”, Piotr Tarczyński przedstawia historię USA widzianą przez pryzmat coraz to kolejnych teorii spiskowych. To temat, który łatwo sprowadzić do heheszków, ale Tarczyński podchodzi do niego na poważnie (choć z dużą literacką swobodą) i próbuje znaleźć wytłumaczenie, skąd właściwie biorą się takie narracje i jak wpływają na naszą rzeczywistość. 500 stron solidnej dawki wiedzy, która w epoce ciągłej dezinformacji wydaje się być bardziej potrzebna niż kiedykolwiek wcześniej.
Ostatni Wiking

Mads Mikkelsen i Anders Thomas Jensen łączą siły po raz szósty, a efekt jak zwykle jest conajmniej intrygujący. Mikkelsen tym razem w straumatyzowanego i bardzo wrażliwego Manfreda, który przed laty ukrył w pewnym miejscu łup zrabowanego przez swojego brata. Ten akurat wyszedł z odsiadki i chciałby odzyskać swój skarb, ale jest pewien problem - w ramach swojej ucieczki przed okrutnym światem Manfred stworzył sobie alternatywną osobowość w postaci Johna Lennona. Mężczyżna nie zamierza zdradzić kryjówki dopóki brat nie pomoże mu zreaktywować Beatlesów. Jak łatwo zauważyć fabuła jest mocno absurdalna, ale Ostatni Wiking eksploruje bardzo mroczne rejony ludzkiej duszy. Śmiech łączy się tu z wielkim smutkiem, jak to w kinie Jensena zazwyczaj bywa. Szalony, często niepoprawny, ale przede wszystkim niesamowicie empatyczny film, który motywuje do szukania piękna w tym co niecodzienne i na pozór "dziwne”.
Heweliusz

Choć przedstawiona w serialu historia nie zaangażowała mnie emocjonalnie tak jakbym tego chciał (podobnie było w przypadku Wielkiej wody), to trudno mi niedocenić jego rozmachu i poziomu realizacji. Całkiem możliwe, że to najbardziej efektowny polski serial, jaki kiedykolwiek widziałem. Bardzo dobrze działa połączenie kina katastroficznego (sceny przedstawiające katastrofę statku są oszałamiające) z dramatem sądowym, obsada też sprawdza się znakomicie. Ogólnie nawet jeśli mam swoje uwagi, to naprawdę przyjemnie widzieć, że określenie “dobre jak na polskie warunki” zaczyna tracić sens, bo to po prostu poziom światowy. Oby więcej polskich seriali zrozbionych tak fachową ręką.
Buddenbrookowie

Absolutna klasyka XX-wiecznej powieści w nowym tyłumaczeniu. Pozornie może brzmieć jak najnudniejsza rzecz na świecie, mowa o mającej prawie 120 lat, grubej powieści o upadku niemieckiego mieszczaństwa w XIX wieku. Jednak wciąż trudno się od niej oderwać. Buddenbrookowie to rozciągająca się na czterdzieści lat opowieść o upadku kupieckiej rodziny, której członkowie doznają degrengolady pod kątem duchowym, społecznym i finansowym. I choć Mann opisuje tu konkretny czas i miejsce, to jego przemyślenia są uniwersalne i stanowią ponadczasową analizę odchodzenie w niebyt jakiegoś świata. Czytanie tej książki daje przyjemność obcowania z wielką literaturą, więc jeśli ktoś szuka właśnie takich doznań to ma na to idealną okazję.
Grupa zadaniowa

Brad Ingelsby, twórca Mare z Eastown, ponownie wykorzystuje sensacyjną konwencję, aby tak naprawdę opowiedzieć o ludzkich słabościach i lękach. Tym razem historia o tytułowej grupie agentów FBI mających na celu znalezienie grupki napadającej na narkotykowych dealerów, stanowi tło do rozważań na takie tematy jak siła przebaczenia, czy przygniecenie przez przypisanie role społeczne (szczególnie te rodzinne). Jest mrocznie i ciężko, ale gdzieś tam tkwi iskierka nadziei na to, że można wygrzebać się z tego błota i roświetlić światło swojej duszy. Aktorsko Mark Rufallo dowozi jak zawsze, ale tym razem gwiazdą serialu jest jednak wspaniały Tom Pelphrey.
Bugonia

Yorgos Lanthimos tym razem bierze na warsztat spiskowoą paranoję dzisiejszych czasów i znowu uderza w samo miękkie. Dwóch szurów porywa szefową koncernu farmateutycznego, bo sądzi, że jest przedstawicielką rasy obcych. I choć w tej historii pełno jest absurdów, co całośc ma jednak bardzo mroczny wydźwięk i opiera się na ciągłym dyskomforcie. Lanthimos w bezczelny sposób manipuluje emocjami widza i pokazuje, że nawet w przychylności obserwujących nie istnieje coś takiego jak uczciwy podział sił. Emma Stone jak zwykle wspaniała, ale mnie najbardziej cieszy fakt, że tym razem Jesse Plemmons miał okazję się wyszaleć pokazać jak wyśmienitym jest aktorem.
Predator: Strefa zagrożenia

Dla hardcorowych fanów gritty Predatora ten film może stanowić potwarz, ale mi ta wariacja bardzosiadła. Ja się w życiu już naoglądałem, jak Predator predatoruje i już nie potrzebuję oglądać tego po raz kolejny, więc przywitałem tę woltę ze szczerym entuzjazmem. Dawno tak przyjemnie nie oglądało mi się tego rodzaju kina rozrywkowego, gdzie fabuła nie jest aż tak istotna, jak atmosfera przygody przeżywanej z bohaterami. W dużej mierze to zasługa świetnie napisanej, i zagranej przez Elle Fanning, Thia. Wydaje mi się, że ostatni raz bawiłem się przy tego rodzaju kinie na seansie ostatniego filmowego "Dungeons and Dragons". Fajna drużynówka, w której najważniejsza jest podróż odbyta z łatwymi do polubienia postaciami
Oddaj ją

Drugi pełnometrażowy film braci Philippou udowadnia, że ich debiutanckie Mów do mnie stanowiło tylko rozgrzewkę. W Oddaj ją sięgają po często poruszaną w indie horrorach tematykę żałoby, ale robią to w sposób tak przejmujący i rzeczywiście niepokojący, że wcale nie czuć tu powielania utartych schematów. Widz jest tu mielony na wiele sposobów - przemoc jest tu obecna zarówno w postaci drastycznych scen, jak i srogiej manipulacji emocjonalnej. Jednak najbardziej porusza tutaj dojmująca aura niemożliwego do zaleczenia smutku, który potrafi zwieść na manowce nawet najszlachetniejsze serca. A to przeraża bardziej niż nawet najstraszniejszy diobeł wyskakujący z pudełka.
Sny o pociągach

Adaptacja pięknej książki Dennisa Johnsona. Prosta, rozgrywająca się w pierwszej połowie XX wieku historia o pewnym poczciwym drwalu próbującym zrozumieć, jaki jest cel jego egzystencji. I nie ma tu mowy o filozoficznym zgłębianiu rzeczywistości, tylko pragnieniu poczucia tego gdzieś w trzewiach. To wszystko w tle świata odchodzącego wraz z rozwijającą się technologią. W filmie czuć tę atmosferę wiecznego życia na pograniczu - starego i nowego, cywilizacji i natury, USA i Kanady, tego co zrozumiałe z tym, co zrozumieniu ucieka. Jeśli ktoś zna i lubi to dojmujące uczucie przytłaczającego piękna natury w jej nakprostszym wydaniu, to seans Snów o pociągach może pomóc je ponownie wywołać.
Botanica

Jestem wielkim fanem rysunków Katarzyny “KTH” Klas i z dużą niecierpliwością czekałem na ten album. Uwielbiam to, jak operuje ona kolorami, sprawiając, że stają się one nieodłącznym elementem opowiadanych przez nią historii. Botanica opowiada prostą historię dwójki czujących do siebie miętę ludzi, którzy próbując przypodobać się sobie nawzajem, chowają to, co tak naprawdę ich łączy. Ot, można by powiedzieć “romans jakich wiele”, ale KTH wykorzystuje komiksowe medium, aby przekazać całe spektrum uczuć, którym słowa nie są w stanie oddać sprawiedliwości. Umiejętne użycie fioletów i różu, bardzo nietypowe kadrowanie i symbolika łączą siły, aby oddać całą paletę emocji związaną ze stanem intensywnego zauroczenia oraz towarzyszącego mu strachu. Ważnym elementem tego komiksu jest, połączona z roślinną tematyką, erotyka. KTH ukazała ten niełatwy do ugryzienia temat w sposób bardzo zmysłowy, delikatny i pobudzający jednocześnie. W Botanice wszystkie użyte zabiegi artystyczne łączą się we wspólną całość, w której prawie pozbawiona tekstu narracja pozwala dojść do głosu czystym emocjom.
Błysk diamentu śmierci

Na podstawowym poziomie jest to jednocześnie list miłosny i satyra na produkcje o Bondzie oraz europejskie kino sensacyjne z lat 70 i 80. To opowieść, która zdaje się składać z samych odniesień, bo czego tu nie ma — giallo, włoskie campowe komiksy, kino szpiegowskie i dużo więcej. Dla miłośników kina klasy B to jedna wielka kopalnia kolejnych szczególików i mrugnięć okiem do wyłapania.Jednak ambicje Hélène Cattet i Bruno Forzani nie ograniczają się tylko do autotematyzmu dla autotematyzmu. To jednocześnie szkatułkowa fantasmagoria, w której wspomnienia mieszają się z filmową fikcją, co można potraktować jako rodzaj kinowego eseju na temat tego, jak popkultura wpływa na wzorce zachowań i postrzegania świata. Chcący szukać dodatkowych znaczeń odkryją w tym filmie sporo więcej, ale jeśli ktoś ma ochotę na po prostu skrajnie przeestetyzowaną zabawę konwencją, to można go potraktować po prostu jako rodzaj szalonego celuidowego snu, w którym chodzi tylko o doznania audiowizualne.
Część trzecia nadejdzie niedługo.
Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera
Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten przegląd) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu Buycoffee.to. Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.
