Moje popkulturowe top 100 roku 2025 cz. 3

Z lekkim poślizgiem, ale mamy to.

Ufff, spisanie trzeciej odsłony tej topki zajęło mi trochę więcej czasu nie początkowo zakładałem, ale w końcu się udało. W przyszłym roku będę chyba mądrzejszy i ogranicze się do, sam nie wie, może 75 pozycji? Zostawmy może na razie przyszłośc i skupmy się na tu i teraz. Mam nadzieję, że ta lista okaże się dla Was w jakiś sposób przydatna i znajdziecie na niej coś dla siebie. Przypominam też, że nie należy do niej podchodzi jako zestawu najlepszych pozycji zeszłego roku, to raczej spis tego, co mi osobiście w tym okresie przypadło do gustu. Życzę miłej lektury.

Daredevil: Odrodzenie

Wiem, że ten serial jest poprowadzony w bardzo bezpieczny sposób i po prostu stara się realizować to, co działało w wersji netflixowej, ale kurde wciąż mam do tej produkcji wielką słabość. Matt Murdock chciałby walczyć z niesprawiedliwością, bez konieczności zakładania maski, jako adwokat, a jego katolickie sumienie walczy z napadami gniewu. Wilson Fisk (tym razem w trybie Trumpa) pragnie, aby mieszkańcy Nowego Jorku zobaczyli go jako prawdziwego przywódcę, a nie bandytę, ale trudno oduczyć się starych sztuczek. Charlie Cox jest na przemian uroczy i cierpiętnicy, a Vincenct D'Onforio dużo milczy i dyszy. Fabuła jest klasycznie pełna przemocy i mroku, co wyróżnia ją od disnejowskich produkcji z MCU. Tęskniliście? Jeśli tak, to będziecie zadowoleni.

The Pitt

Nigdy nie byłem fanem seriali o lekarzach (House'a oglądałem z innych powodów), więc The Pitt poiwnno mieć ze mną pod górkę, ale wsiąkłem prawie od razu. Pomysł, aby każdy odcinek reprezentował sobą kolejną godzinę z pracy na ostrym dyżurze jest prosty, ale sprawdza się rewelacyjnie. Ciągły napływ kolejnych pacjentów przeplatany wątkami osobistymi łapie za gardło i nie puszcza. To napięcie wynikające z nigdy niekończącej się roboty wylewa się z ekranu, a zmęczenie bohaterów jest bardzo odczuwalne. Telepie mocniej niż większość sensacyjniaków i polecam sprawdzić nawet tym zazwyczaj omijającym tego typu produkcje. No i ten smutny uśmiech na zmęczonej twarzy Noah Wyle’a chwyta za każdym razem, jak pojawia się na ekranie.

Błonia tajemnicy

Komiksowy hołd złożony twórczości Stefana Grabińskiego, pioniera polskiego horroru. Mateusz Wiśniewski wziął na warsztat pięć opowiadań “samotnika ze Lwowa” i zaprosił do współpracy grono utalentowanych rysowników i rysowniczek. Efekt jest bardzo satysfkacjonujący, ale ten album to nie tylko komiksy, bo znajdziemy tu sporo publicystyki. Z artykułów współczesnych znalazły się tu przybliżające postać Grabińskiego teksty Tomasza Kolankiewicza i Wiśniewskiego. Gratką są też przedruki w postaci wywiadu z samym Grabińskim oraz napisany tuż po jego śmierci esej Karola Irzykowskiego. W połączeniu z pięknym wydaniem dostajemy świetny przykład na to, jak powinno pielęgnować się pamięć o trochę zapomnianych, a ważnych autorach.

Tysiąc ciosów

Nowy seriala Stevena Knighta (tego od Peaky Blinders). Półświatek XXi-wiecznego Londynu, nielegalne walki bokserskie i Stephen Graham w obsadzie - nie trzeba było mnie za długo przekonywać do seansu. Tysiąc ciosów przedstawia przeplatające się losy trzech wyjątkowych jednostek - byłego niewolnika o niezwykłym talencie bokserskim, przywódczynie gangu złodziejek oraz starzejącego się mistrza walk na gołe pięsci. Knight łaczy w tym serialu wrażliwośc społeczną z trzymają w napięciu, niezwykle klimatyczną historią. Co prawdza, potrzeba chwili, aby całość się rozhulała, ale kiedy akcja się rozpeędza, to człowiekowi robi się szkoda, że ten sezon to tylko sześć odcinków.

September 5

Lubię filmy oparte o prosty, ale mocny koncept, a September 5 zdecydowanie się do tego grona zalicza. Opowiada on prawdziwą historię reporterów ABC Sports, którzy podczas igrzysk olimpijskich w Monachium zostają świadkami tragicznego porwania izraelskich sportowców. Jako członkowie jedynej obecnej na miejscu ekipy telewizyjnej dostają szansę relacji wydarzenia, które będą oglądały dziesiątki milionów widzów. Świetnie sprawdzają się tu dwa zabiegi narracyjne. Po pierwsze akcja pokazana jest w czasie rzeczywistym, przez co czujemy ciężar każdej ubiegającej minuty. Po drugie, wszystko rozgrywa się w studio telewizyjnym i to z tej perspektywy obserwujemy wszystkie wydarzenia. To z kolei pozwala na zbudowanie poczucia odizolowania się od wyrdarzeń przez bohaterów. To ważne, bo ten stan zawieszenia pomiędzy właśnie otwierającą się karierą, a przerażeniem spowodowanym obserwowaną tragedią, jest tu kluczowym aspektem dramatycznym. Kiedy widzimy reporterów cieszących się z przemycenia jednego z nich bliżej miejsca tragedii, łatwo zapomnieć, co właściwie dzieje się przed kamerami. To film bardzo skupiony, odpowiednio dawkujący napięcie. Trwa trochę ponad półtorej godziny, podczas których trudno oderwać wzrok od ekranu.

Próba generalna sezon 2

Pierwszy sezon Próby generalnej był dziwacznym i wspaniałym eksperymentem, którego siła jednak w dużej mierze polegała na efekcie zaskoczenia. Wydawało mi się, że to wrażenie oszołomienia z oglądania czegoś tak nietypowego jest nie do powtórzenia, ale Nathan Fielder wypowadził mnie z błędu. I nie chodzi o to, że drugi sezon jest dziwniejszy (choć bywa i tak), ale sam fakt, że Fielder przenosi swoją metodę na nowy poziom i próbuje za jej sprawą sprostać prawdziwemu problemowi, którego pozbycie się może uratować setki żyć. Wcześniej można to było uznać za żart, ale to poczucie misji do spełnienia dodaje nowym odcinkom kolejnej warstwy znaczeniowej. Dalej produkcja unikatowa i niepodrabialna.

Znam Cię

Michael DeForge to obecnie jedno z głośniejszych nazwisk w komiksowym świecie, więc bardzo się cieszę z faktu, że za sprawą Kultury Gniewu w końcu ukazał się jego pierwszy album przetłumaczony na polski. Znam Ci” to jeden z tych tytułów, o których pisanie nie jest łatwe, bo wymyka się on łatwym klasyfikacją, zarówno jeśli chodzi o formę, jak i fabułę. W swoim komiksie DeForge przedstawia świat, którego mieszkańcy oraz ich otoczenie poddawani są ciągłej aktualizacji i optymalizacji. Kładą się spać i budzą jako nowe osoby, i to w sensie dosłownym. Każdego ranka mogą obudzić się z nowymi kończynami i odkryć, że ich dotychczasowa droga do pracy już nie istnieje. I mowa tu o naprawdę szalonych formach, które trudno opisać słowami, więc posłużę się poniższą planszą. Jeśli od patrzenia na nią czujecie, że z Waszymi mózgami dzieje się coś dziwnego, to zapewniam Was, że to tylko przedsmak. Jednak nie ma tu mowy o kwasie dla samego kwasu — choć opowieść jest mocno abstrakcyjna, to DeForge używa jej do przedstawienia problemów, z którymi borykamy się na co dzień. Ciągłe dostosowanie się do technologicznych zmian, obsesja na optymalizacji życia i dążenie do nieistniejącej idealnej wersji samych siebie — to wszystko jest tu wypunktowane i uderza czytelnika prosto w twarz. To komiks jednocześnie oszałamiający swoim szaleństwem, jak i uderzający w naszą rzeczywistość tu i teraz.

Jedyna

Wiadomo było, że Vince Gilligan, twórca Breaking Bad i Better Call Saul, zaprezentuje nam serial science-fiction inny niż wszystkie. I rzeczywiście, opowieść o kobiecie, która jako jedna z nielicznych nie została połączona z innymi mieszkańcami ziemi w zbiorową świadomość, częst igra z przyzwyczajeniami widzów i wystawia na próbę ich cierpliwość. Jak to u Gilligana pełno tu powolnego tempa, skupieniu się na detalach i pozornie nieistotnych wątków. Jedyna wymaga pewnego kredytu zaufania, ale za to oferuje bardzo satyfsakcjonującą opowieść o depresji i strachu przed światem, w którym nic nie jest już prywatne. A nawet jeśli czasami przynudza, to robi to w niezwykle miły dla oczu i uszu sposób. Wspaniale jest obserwować grę aktorską Rhei Seehorn, która dawała popis już w Better Call Saul, ale dopiero tutaj pokazuje cały wachlarz swoich umiejętności.

Daliśmy radę, chłopaku

Gdy jeden z najwybitniejszych aktorów w historii postanawia opowiedzieć swoje życie, to trudno nie zagłebić się w lekturze. W swoich wspomnieniach Hopkins pisze dużo o aktorstwie, ale zarykowałbym stwierdzenie, że to nie ono jest tu najważniejsze. To autoportret człowieka trudnego i przez całe życie zmagającego się z własnymi ułomnościami. Wzruszające są opisy trudnej relacji z ojcem, poczucie wiecznego niedopasowania czy zwierzenia na temat walki z własnym alkoholizmem oraz wszystkimi jego konsekwencjami. Hopkins przedstawia swoje życie ze świadomośćią, że dobiega ono końca, co pozwala mu na brutalną szczerość. Dla miłośników kina pozycja obowiązkowa, ale nie tylko oni mogą z tej książki wyciągnąć parę wartościowych lekcji.

Roślinny ogródek działkowy

Znam osobiście autorów tego komiksu, a dodatkowo dorzuciłem parę sugestii na temat scenariusza w trakcie jego powstania, więc można uznać ten tekst za przykład podwójnego kolesiostwa, ale co zrobić jeśli ma się tak uzdolnionych znajomych. Dlatego musicie mi zaufać na słowo, kiedy piszę, że ten niepozorny objętościowo zeszyt (stanowiący część planowanej serii) okazał się jedną z najciekawszych komiksowych lektur ubiegłego roku. Jak można domyślić się po tytule, komiks Agaty Wawryniuk i Roberta Sienickiego opowiada o początkach ich przygody z własnym ogródkiem działkowym, który wpadł w ich ręcę za sprawą sporego zbiegu okoliczności. Narracja idzie tu dwutorowo, bo dowiadujemy się zarówno o losach bohaterów, jak i sporo na temat działania samych ROD-ów. Jest to świat dość fascynujący, bo obecny w przestrzenii wielu miast, ale jednocześnie dostępny tylko dla wybranych szczęśliwców. Całość uwodzi swoim edukacyjno-komediowym charakterem, który podbijają cartoonowe rysunki Sienickiego. Wiem, że działeczki kojarzą się mocniej z dziarskimi dziadkami pielącymi grządki, ale całkiem możliwe, że po lekturze tego zeszytu spojrzycie na nie w zupełnie inny sposób.

Śmierć od pioruna

Świetny mini-serial opowiadający o mocno zapomnianym wydarzeniu z dziejów USA, jakim było zabójstwo prezydenta Jamesa Garfielda przez niejakiego Charlesa Guiteau. Te cztery odcinki zrealizowane są dynamicznie i ze sporym rozmachem Dla mnie to przede wszystkim opowieść o przewrotności losu, bo mamy tu do czynienia z człowiekiem, który nie pragnął zaszczytów, ale trochę wbrew swojej woli objął najważniejszy urząd w państwie, oraz z kimś, kto wielkości pożądał, ale nie miał ku niej żadnych predyspozycji. Warto obejrzeć choćby ze względu na aktorstwo - Wcielający się w Garfielda Michael Shannon to klasa sama w sobie, ale tym razem show kradnie grający Guiteau Matthew MacFayden. Na drugim planie świetnie wypada Nick Offerman jako Chester A. Arthur.

Play Nice. Powstanie, upadek i przyszłość Blizzarda

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z grami video Blizzard jawił się jako studio każące długo czekać na kolejne części swoich hitów, ale za to zawsze dowoziło tytuł, który zdobywał serca milionów graczy. W jaki sposób firma, która kiedyś była synonimem jakość i oddanie fanom zmieniła się w kolejny trybik wielkiej korporacji? W swojej książce Jason Schreier przedstawia historię twórców “Diablo” od początku lat 90 aż po czasy współczesne. Jest to lektura frustrująca, bo opowiada o wszystkim, co w gamedevie najgorsze z wykorzystywaniem pasjonatów gotowych zarzynać się za psie pieniądze. Dużo jest tu także o problemach, jakie niesie za sobą “bro culture” w miejscu pracy. Naprawdę czasami chciało mi się rzygać, kiedy czytałem, chociażby o tym jak traktowało się w Blizzardzie kobiety. Dla fanów odkrywania brzydkiej prawdy na temat kulis powstawania swoich ukochanych tytułów.

Vaclav Drakulič jedzie do urzędu

Wizyty we wszelkich maści urzędach od zawsze wywołują we mnie poczucie czystej grozy. Biurokratyczne procedury są po prostu niekompatybilne z moim mózgiem, do tego zawsze boję się, że coś sknociłem i zaraz poniosę tego konsekwencje. Dobrze wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Dlatego nie dziwię się, że ekipa Mazur, Henryk i Ratka wykorzystali ten lęk jako kanwę swojego komiksu. Rok 1923, uroczy staruszek, Vaclav Drakulič, żyje sobie spokojnie w swoim zamku do momentu, w którym pewien urzędnik oświadcza mu, że musi opuścić swój dom. Jednak coś się nie zgadza, bo we wszystkich dokumentach widnieje nazwisko Drakula! Staruszek postanawia wytłumaczyć to w odpowiednim miejscu. Ten przewrotny pomysł posłużył jako kanwa krótkiego komiksu, który skrzy się od absurdalnego humoru w stylu Mrożka. Urokliwy scenariusz Jana Mazura został wyśmienicie przeniesiony na papier przez dwójkę uzdolnionych artystów. Rysunkowo to rzecz wyśmienita, oferującą raz satyryczną prostotę, a raz dużą szczegółowość (zwłaszcza jeśli chodzi o wnętrze). Rzecz może nieduża rozmiarami, ale kryjąca w sobie o wiele więcej niż wskazywałaby na to liczba stron.

Kroniki Mordbota

Serial o morderczym androidzie, który zyskuje świadomość i uczy się o ludzkiej naturze przez oglądanie masowej ilości telenowel to naprawdę zabawna satyra na science-fiction kręcące się wokół robotów i odkrywaniu nowych światów. Do tego Alexander Skarsgard wykazuje się tutaj świetnym talentem komediowym. Oglądało mi się go świetnie, ale mam pewien problem - odcinki są bardzo krótkie i sprawiają wrażenie, jakby zabrakło tu trochę materiału na cały sezon (nie czytałem książki, więc nie nie wiem jak tam to wyglądało). Przez to mam wrażenie, że na razie obejrzałem coś na kształt rozbudowanego prologu do prawdziwej historii. Jednak fani komediowego podejścia do fantastyki powinni polubić przygody Mordbota. Niech tylko drugi sezon będzie dłuższy.

Żywy czy martwy: film z serii “Na noże”

Po średnio udanym Glass Onion Rian Johnson wraca do formy. Trzecia część Na noże to nie tylko wyśmienita zabawa klasycznym kryminałem. Z jednej strony mamy świetne aktorstwo, sporo humoru i naprawdę frapującą zagadkę, a z drugiej poważną historię o wierze, władzy i odkupieniu. Charakterystyczny dla reżysera autotematyzm tutaj nabiera dodatkowej warstwy znaczeniowej, bo Żywy czy martwy to w dużej mierze opowieść o sile narracji w jej różnorkachich formach, choćby tej religijnej i politycznej. O tym jak łatwo jest szerzyć nienawiść i budować kult siły, a jak trudno przeciwstawić im się za pomocą postawy opartej na przebaczeniu oraz przyznaniu się do własnych słabości. Równie interesująca wydaje się tu konfrontacja wiary z rozumem i wizja ich możliwej koegzystencji.

Dom dobry

Z kinem Smarzowskiego od lat jest mi nie po drodzę, a do Domu dobrego wciąż nie jestem w stanie się w pełni ustosunkować. Jednak nie można zaprzeczyć, że to film najwidoczniej potrzebny i mogący mieć istotny wpływ na rzeczywistość, o czym świadczy wzrost zgłoszeń na telefony pomocowe dla ofiar przemocy domowej. Poza tym doceniam próbę przedstawiania za pomocą niecodziennej formy tego, co dzieje się z percepcją osoby uwięzioniej w przemocowej relacji. Ostateczny odbiór jak rzadko zależy chyba od osobistej wrażliwości.

Klub Dumas

Esencja literackiej intertekstualności łączy się tutaj ze sprawnie wplecionymi schematami gatunkowymi. To z jednej strony esej na temat historii i niuansów klasycznej powieści przygodowej spod znaku Aleksandra Dumas (dzięki niej w końcu nie odmieniam tego nazwiska), a z drugiej detektywistyczna opowieść pełna tajemnic i zwrotów akcji. Choć czasami bywa nieznośna i wręcz kiczowata, zwłaszcza jeśli chodzi o mocno niezręczne opisy sfery seksualnej, to nie mogłem się od niej oderwać i koniecznie musiałem wiedzieć “co dalej”. Fabuła łącząca historię ojca Trzech muszkieterów z księgami stanowiącymi klucz do przyzwania mocy piekielnych trafiła prosto w jeszcze nie strawiono przez cynizm regiony mojego czytelniczego serca. . Wspomniana intertekstualność nie jest tylko zabawą dla samej zabawy, ale stanowi także interesujący komentarz do ludzkiej potrzeby narracji i przenikania się fikcji z rzeczywistością. Nie jest to może poziom kunsztu Umberto Eco, ale lubujący się w tego typu eksperymentach powinni być jak najbardziej zadowoleni.

Ugotować niedźwiedzia

Gęsty jak smoła serial kryminalny rozgrywający się w małym szwedzkim miasteczku w połowie XIX-wieku. Postępowy pastor z detektywistycznym zacięciem próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych śmierci na swojej nowej parafii, przez co odkrywa najmroczniejsze sekrety jej mieszkańców. Jest tu zagadka to rozwiązania, ale równie ważna jest tu bardzo nierówna walka człowieka szukającego sprawiedliwości z lokalnymi układami. Świetnie sprawdza się też zestawienie surowego piękna przyrody z ludzkim okrucieństwem oraz wszechobecnym syfem. Zimny krajobraz wcale nie jest tym, co najbardziej mrozi tutaj krew w żyłach.

Rzyć

Bolesław Chromry, znany ze swoich kąśliwych rysunkowych satyr, postanowił spełnić obowiązek każdego millenialsa i opowiedzieć o dorastaniu w Polsce lat 90 oraz zerowych. Tak, wiemy, że pewnie wszyscy macie tego już dość, ale tutaj podane zostało to w trochę innej niż zazwyczaj formie. Rozdziały składające się na opowieść o życiu i rodzinie autora są krótkie i zwarte (często jedna strona to jeden rysunek), jednak Chromremu wystarczą, aby uderzyć z pełną siłą. Minimalistyczne podejście pozwala tu na wyciągnięcie emocjonalnego ekstraktu, raz bawiącego innym razem skłaniającego do zadumy. Możliwe także, że ta forma pozwala złagodzić wręcz ekshibjonistyczny zawartych tu zwierzeń. Mówiąc niedelikatnie, bywa pod tym względem grubo. Świetna rzecz potrafiąca za pomocą jednej strony otworzyć szufladki z jakimś zbiorowym wspomnieniem całego pokolenia, a potem zagonić umysł do króliczej nory pokoleniowych traum i sentymentów.

Krzesła

Chyba każdy z nas przeżył koszmar, jakim jest próba złożenia reklamacji i dodzownienia się do prawdziwego, a jeszcze lepiej decyzyjnego człowieka. Może nie jest to największy z lęków współczesności, ale dla twórców Krzeseł stanowi świetny punkt wyjściowy do opowiedzenia o pozornie zwykłym człowieku, którego pewne upokorzenie wrzuca w objęcia paranoi i obsesji na punkcie odkrycia wielkiego spisku. Jeśli lubicie absurd i poczucie humoru oparte na wykręcającym wnętrzności poczuciu zażenowania, to czeka Was dość nietypowa podróż. Choć całkiem prawdopodobne, że cringe sprawi, że odpadniecie już po pierwszym odcinku.

Frankenstein

Ten film ma urok zrealizowanego po latach marzenia. Guilermo Del Toro chciał zrobić swojego Frankensteina chyba od zawsze i w końcu mu się to udało. Podszedł do tematu bez żadnych mrugnięć okiem czy innych heheszków, więc dostajemy tę opowieść z całym jej romantyczno-gotyckim bagażem. Jest wzniośle, monumentalnie i zupełnie na serio. Ten bywa przepiękny, szczególne wrażenie robią kostiumy, choć zdarzają się momenty paskudne, chociażby rażące sztucznością CGI wili. Nie dziwię się, że dla niektórych ta konwencja jest nieżnośna, a pełne nadęcia wypowiedzi mogą być wręcz śmieszne, ale ja przyjąłem to wszystko z uśmiechem na twarzy.

Elektroniczny bandyta

Nostalgia za erą VHS-ów wciąż jest u nas silna, ale tym razem nie mamy do czynienia ze podkolorownaymi wspominkami. Grzegorz Fortuna JR. jest pracownikiem akademickim od lat zajmującym się naukowo badaniem historii produkcji filmowej, do tego sam działa przy organizacji Octopus Film Festival oraz w firmie dystrybucyjnej Velvet Spoon, więc możemy mówić o prawdziwym specu. W swojej książce metodycznie przedstawia dzieje rozwoju rynku kaset wideo w Polsce na przełomie lat 80 i 90. Autor podchodzi do tematu z akademicką rzetelnością, skupiając się głównie na dostępnych danych, archiwalnych artykułach i osobiście przeprowadzonych wywiadach. Skrupulatność tej pozycji nie jest równoznaczna z brakiem humoru. Wręcz przeciwnie — Fortuna wielokrotnie przemyca dowcipne komentarze i nie traci okazji, aby pozwolić odpowiednio wybrzmieć co bardziej absurdalnym sytuacjom. W tej książce kaseta wideo staje się odbiciem błyskawicznie zmieniających się nawyków i gustów ówczesnych Polaków.

Naturalna komedia

Nie spodziewałem się tego, że komiks o liściu, który wędruje przez las z zachowującym się jak stereotypowa zetka grzybem, okaże się jedną z lepszych rzeczy, jakie przeczytałem tej jesieni. Luźno oparta na Boskiej komedii pod komiczną otoczką skrywa piękną i madrą opowieść o godzeniu si.ę z odchodzeniem oraz naturalną koleją rzeczy. Ten komiks jest trochę jak wizyta w lesie późną jesienią, kiedy wszystko wydaje się umierać, ale po bliższym przyjrzeniu się brz problemu zauważymy, że życie wciąż jest obecne. Właściwie przez całąlekturę towarzyszyło mi pozornie sprzecznie uczucia łączące w sobie smutek i rozbawienie. Myślę, że to najlepszy dowód na to, że Ulli Donnej udało się w swoim albumie osiąnnąć rzadko spotykany ładunek emocjonalny. Piękna rzecz, której atmosfera i kilka wybitnych dowcipów (jak ten z grzybową siecią komunikacyjną) zostaną ze mną na długi czas.

Zgiń, kochanie

Ten film zostawił mi w głowie niezly mętlik i nadal nie wiem, czy mogę stwierdzić, czy mi się podobał, ale z całą pewnością był to jeden z bardziej frapujących seansów ubiegłego roku. Na pewno sprawdza się jako próba ukazania koszmarnego bałaganu panującego w głowie bohaterki oraz samotność jaka wiążę się w czasie postępującego rozpadu związku. Zgiń, kochanie ukazuje to wszystko bez żadnych hamulców, mieszając w narracji i przekonując, że główna bohaterka nie należy do najbardziej wiarygodnych narratorek. Niesie to za sobą konsekwencję w postaci scen wręcz kiczowatych, ale też potrafi nieźle oszołomić. Na pewno warto dla samej fenomenalnej roli Jennifer Lawrence, która przypomina tu, że nadal jest jedną z najlepszych aktorek swojego pokolenia.

Mroki Tulsy

Ethan Hawke wciela się w postać bardzo nieporadnego życiowa dziennikarza śledzczego, który próbuje poznać prawdziwą przyczynę śmierci członka pewnej rodziny bogatych właścicieli ziemnych. Absurd (szczególnie jeśli chodzi o barwne postaci) łączy się tu z mrocznym kryminałem i często nieoczywistym komentarzem społecznym. Równie ważne co fabuła jest tu budowanie panoramy wielokulturowego miasta targanego przez różne konflikty. Przewrotna i niezwykle wciągająca rzecz.

The Ballad of Wallis Island

Muszę się przyznać, że podchodzę z dużą dozą niepewności do quirky filmów w stylu "zgorzknialec na nowo uczy się doceniać życie dzięki spotkaniu z pozornie głupawym panem pozytywnym", bo w ciągu ostatnich dwóch dekad naoglądałem się ich bardzo dużo. Tego rodzaju kino wyrobiło swoje schematy, które niestety dość często prowadzą do banału. Jednak nie tym razem. Choć historia o wypalonym muzyku, który przybywa na odciętą od świata wyspę, aby zagrać koncert dla swojego zaskakująco bogatego fana ma potencjał na potknięcie się o tani sentymentalizm, to omija go szerokim łukiem. Owszem, jest to opowieść dość bajkowa, ale potrafiąca także posypać na emocjonalne rany solidną porcję soli. Humor łączy się tu ze smutkiem, czego efektem jest wspaniała życióweczka. Z rodzaju tych nie próbujących łudzić, że ból może zniknąć za sprawą jakiegoś magicznego zdarzenia, ale za to dających nadzieję, że wciąż możemy odzyskać to, co kiedyś pozwalało nam przeć do przodu.

Zwierzogród 2

Pierwszy Zwierzogród jest chyba moją ulubioną animacją “czystego” Disneya wypuszczoną w tym wieku, więc oczekiwania miałem bardzo wysokie. Natomiast sequel jest filmem “tylko” wyśmienitym i deklasującym większość konkurencji. Podczas pierwszego seansu trudno nie czuć się wręcz przytłoczonym natłokiem wszelkiego rodzaju atrakcji, z niezwykle pomysłowymi i niezmiennie zabawnymi scenami przedstawiającymi codzienne życie zróznicowanych mieszkańców tytułowej metropolii. Żarty, zarówno wizuwalne jak i słowne (w polskim tłumaczeniu znajdziemy prawdziwe perełki) sypią się jak z rękawa. Akcja poprowadzona jest sprawnie, Nick i Jodie to dalej znakomity duet, a i przesłanie historii jest całkiem niegłupie. Dzieci mogą cieszyć się z zabawnych zwierzaków, a rodzice wyłapywać nawiązania do kinowej klasyki, więc wszyscy powinni być zadowoleni.

Blue Moon

Kameralny, wręcz teatralny film o jednym wieczorze z życia Lorenza Holta - swego czasu jednego z najpopularniejszych twórców tekstów piosenek w przedwojennej Ameryce. Coraz bardziej pijany, zgorzkniały twórca takich hitów jak tytułowy Blue Moon próbuje przekonać obecnych w barze, że nadal jest kimś wielkim. To opowieść o smutnym błaźnie, który uzależnił się od własnej autokreacji i rozpaczliwie boi się ją porzucić. Wcielającysię w Holta Ethan Hawke tworzy tu jedną z najlepszych kreacji w swoim życiu - aż trudno się na niego patrzy, co w tym wypadku stanowi wyrazy uznania. Dla miłośników kina bardzo gadanego.

Sirât


To kino oparte na trwaniu i dążeniu do przodu, szukające wyjścia w ucieczce w cywilizacyjną nicość. Jest tu jakiś zalążek fabularny w postaci ojca, który wraz z małym synem szuka zaginionej córki na marokańskiej pustynii, ale historii dość szybko zaczyna się tu rozmywać. Jest droga, pustynia i muzyka elektroniczna. Wydaje mi się, że do Sirât trzeba podejśc właśnie jak do dobrego "techenka", w trakcie którego znika treść a zostaje sama dająca możliwość chwilowego rozpłynięcia się forma. Rozumiem też, że nietrudno się od tego filmu zupełnie odbić, bo stanowi on jednak pewną formę kuglarskiej sztuczki i znaczeniowej czarnej dziury, która wchłonie każdą interpretacje. Można próbować się zanurzać, ale samo transowe ślizganie się po powierzchni także się w tym wypadku sprawdza.

Indiana Jones i Wielki Krąg

Growe adaptacja znanych francyz rzadko potrafią aż tak dobrze uchywcić ducha oryginału, tak jak ma to miejsce w tym przypadku. Grając w Wielki Krąg naprawdę można się poczuć, jakby przeżywało się jakąś zaginioną historię Indy’ego. Wszystko jest na swoim miejscu, łącznie z biczem, nazistami i atmosferą olbrzymiej przygody. Zazwyczaj preferuje produkcje TPP, ale muszę przyznać, że widok z pierwszej osoby pozwala wczuć się w to jeszcze mocniej. Nie wszystko mi się w tej grze podoba, ale swój główny cel spełnia wyśmienicie. I pewnie każdy fan Jonesa będzie z niej zadowolony.

Paw zwyczajny

Jeden z mocniejszych debiutów zeszłego roku. Główny bohater, Matthias ma dość nietypowy zawód - jest towarzyszem do wynajęcia na specjalne okazje. Potrzebujesz chłopaka olśniewającego znajomych? Syna, który podniesie prestiż Twojego przyjęcia? A może kogoś, kto przyjdzie do szkoły i będzie udawał Twojego ojca przed klasą? Matthias świetnie wcieli się w każdą z tych ról. Problem zaczyna się, kiedy bohater odkrywa, że przez tę ciągłą zawodową maskaradę bohater stracił własną osobowość, co jest startem bardzo intensywnego kryzysu egzystencjonalnego. Widać w tym filmie wielką inspirację kinem Rubena Östlunda, ale czuć, że Bernhard Wenger ma do zaoferowania także swoją autorską wizję. Warto obejrzeć, a potem bacznie przyglądać się rozwojowi jego kariery.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten przegląd) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu Buycoffee.to. Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.