Kusi na Newsletter #59

Obsesyjne miłości i relacyjne erupcje.

Nieustannie przeraża mnie to, jak współczesny obiekt informacji sprawia, że każdy temat przejada się w zaledwie kilka dni. Tak jak ma to miejsce z dyskusją wobec wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat korzystania z AI przy pracy nad książką. Na początku pomyślałem sobie - o, będzie o czym napisać w wstępniaku do newslettera. Jednak do momentu kiedy piszę te słowa w tej kwestii zdąrzyli wypowiedzieć się chyba wszyscy, zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy sztucznej inteligencji. Z jednej strony dobrze widzieć, że tego typu dyskusja ma szansę się jeszcze pojawić, ale z drugiej jej intensywność jest naprawdę przytłaczająca. Problem jest taki, że kształt dzisiejszych mediów wymaga od komentujących, aby wypowiedzieli się jak najszybciej, bo każda chwila zwłoki zwiększa szansę na to zniknięcie w szybko rosnącym tłumie. Człowiek chciałby sobie usiąść i przemyśleć wszystko na spokojnie, ale szybko orientuje się, że przez taką zwłokę jego wypowiedzi już tylko zwiększą i tak za duży medialny szum. Ja chyba wolę to potraktować jako lekcję tego, że wypowiadanie się nawet na najbardziej nośne tematy nie jest koniecznością, jeśli człowiek czuję, że nie ma do powiedzenia nic nowego.

A teraz zapraszam do standardowej części newslettera.

Przy okazji: możliwe, że w przyszły piątek nic do Was nie wyślę, a newsletter łączący dwa wydania pojawi się jako przed Bożym Ciałem.

Trailery

HOPE

Podobno Koreańczycy ucierają tym filmem nosa amerykańskim twórcom blockbusterów i pokazują, jak powinno robić się naprawdę bombastyczne produkcje gatunkowe. Trailer zapowiada niezłą jazdę, którą zdecydowanie będzie warto obejrzeć na kinowym ekranie.

Wildwood

W dzisiejszych czasach takie studia jak Laika powinny być objęte jakim specjalnym programem ochrony dziedzictwa kulturowego. Fabularnie ten trailer jakoś bardzo mnie nie kupuje, ale ta kukiełkowa, jak to zwykle u tego studia, wygląda na tyle pięknie, że poszedłbym do kina nawet jeśli miałby to być zwykły pokaz techniczny.

Lanterns

Dobra, ten trailer pokazuje, że będzie tu jednak więcej superhero łubudubu niż mi się pierwotnie wydawało, ale dalej jestem zaintrygowany połączeniem peleryniarskich klimatów z gritty kryminałem. To obecnie chyba jedyna trykociarska produkcja, którą jestem w jakimś stopniu zainteresowany.

Newsy

Oficjalna data premiery “GTA VI” potwierdzona

Data ponownego nadejścia … to znaczy premiery GTA VI została oficjalnie potwierdzona. Gra trafi do sklepów w czwartek, 19 listopada tego roku, czyli zaledwie osiemnaście mięsięcy po planowanym pierwotnie maju 2025 roku.

Ujawniono budżet nowego filmu Wojtka Smarzowskiego

Nadchodząca słowiańska dylogia od Wojtka Smarzowskiego zapowiada się na prawdziwą polską superprodukcję. Ujawniono, że budżet pierwszej części, Słowianie. Swaćba wynosi 62,5 miliona złotych, co stawia film na trzecim miejscu w kategorii najdroższych rodzimych produkcji. Droższe dotychczas były tylko Chopin, Chopin! (64,8 miliona złotych) oraz Quo Vadis (76,1 miliona złotych).

Brad Widerbaum nowym szefem Marvela

Po prawie dziesięciu latach Dan Buckley ustępuje ze stanowiska Head of Marvel Comics & Franchise. Jego następcą zostanie Brad Winderbaum, który połączy nowe obowiązki z dotychczasowym kierowaniem działów Marvel Televisio i Marvel Animation. Czy ta zmiana wyciągnie marvelowskie komiksy z wyraźnego kreatywnego wypalenia i braku pomysłów na odświeżenie marki? Głosy są podzielone, ale opinie kierują się raczej w stronę obaw, że pod nowym kierownictwem staną się jeszcze bardziej zależne od Disneya i kinowego uniwersum.

Micheal Bay nakręci film o wojnie USA z Iranem

Micheal Bay ma wyreżyserować filmową adaptację jeszcze niewydanej książki opowiadającej o bohaterskiej operacji ratunkowej dwóch pilotów, których helikopter został zestrzelony w czasie ataku sił USA na Iran w ramach Operaration Epic Fury. Cóż, pomijając już cały absurd takiego propagandowego ruchu, to muszę przyznać, że tempo skubani mają imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że od czasu rozpoczęcia tej wojny minęły dopiero niecałe trzy miesiące.

Będzie nowa książka i film ze świata “Ojca Chrzestnego”

I pyk, kolejnye news o ekranizacji książki, która jeszcze się nie ukazała. W przyszłym roku pojawi się powieść Connie autorstwa Adriany Trigiani. Ma opowiadać o znanych wydarzeniach z perspektywy jedynej córki Don Vita Corleone. Książka została zaakceptowana przez spadkobierców Mario Puzo, a prawa do jej adaptacji zakupił już Paramount. Pieniążki raczej będą się tu zgadzać.

Było oglądane

Obsesja

Nie wiem, czy kilka filmów można nazwać już trendem, ale coraz bardziej widać, że twórcy zaczynający swoją karierę na Youtubie powoli stają się nowym głosem współczesnego horroru. Udowodnili już to bracia Phillipou mający już na koncie udane Mów do mnie i rewelacyjne Oddaj ją. W tym roku mogliśmy oglądać Iron Lung Marka Fischbacha, a niedługo do kin trafią Backrooms Kane’a Parsonsa. Do tego grona dołączyła też właśnie Obsesja Curry’ego Bakera, która dość szybko zyskuje szansę na tytuł “horroru” roku. 

Baker wychodzi tutaj od bardzo prostego, wręcz banalnego pomysłu - rozpaczliwie zakochany w koleżance z pracy facet przez przypadek kupuje magiczny przedmiot rzekomo mogący spełnić jego jedno marzenie. W akcie desperacji postanawia wykorzystać tę moc i życzy sobie, aby jego obiekt westchnień pokochał go najmocniej na świecie. Ku jego zaskoczeniu zaklęcie zaczyna działać i jego życie początkowo zmienia się w idyllę, ale wkrótce pojawiają się srogie konsekwencje rzuconego bez zastanowienia marzenia. Obsesja wykorzystuje cały sztafaż gatunkowy, aby opowiedzieć o różnych obliczach toksycznych związków: jest tu sporo o niezdrowym przywiązaniu, porzucaniu ukochanej osoby w obliczu choroby i manipulacjach psychologicznych. Dostaje się też srogo różnego rodzaju “miłym kolesiom”, którzy spodziewają się, że ich uczucie zostaje odwzajemnione, bo w “końcu im się to należy”. 

Bardzo sprawnie zostało tu poprowadzone dawkowanie różnego rodzaju dyskomfortu. Początkowo mamy do czynienia ze zwykłym second hand embarrassment wynikającym z oglądania żałosnych prób wyznania swoich uczuć przez głównego bohatera. Jeśli w licealnych/studenckich czasach byliście w jego sytuacji, to będzie Was skręcać z żenady. Potem Obsesja przechodzi w klimaty bliższe filmom o nawiedzeniach, a w finale zbliża się do campowego gore. I trzeba oddać Bakerowi, że nad wyraz sprawnie porusza się w każdym z tych narracyjnych trybów. To samo można powiedzieć o głównym duecie aktorskim w postaci Michaela Johnstona i Inde Navarette. Szczególnie ta druga robi wrażenie tym, jak płynnie przechodzi przez różne, często mocno odmienne, stany swojej bohaterki. 

Tym, co łączy Obsesję ze wspomnianymi już filmami braci Philippou, jest zamiłowanie do znęcania się nad swoimi postaciami, a także widzami. Psychiczne cierpienia bohaterów oraz trawiący ich ból są pokazane bardzo sugestywnie, czuć że mamy do czynienia z czymś bardzo złym i niewłaściwym. Oglądający ma czuć dyskomfort i emocjonalną otchłań. To samo dotyczy scen ukazujących przemoc, bo ta, choć jest bardzo przerysowana, to jednocześnie daleko jej od campowej radości gore, zamiast tego jest po prostu skrajnie odpychająca.

Seans Obsesji trudno uznać za przyjemny, ale jeśli lubicie, kiedy horrory uderzają w samo miękkie i wykorzystują gatunkowe prawidła do eksploracji mroków ludzkiej psychiki, to będziecie zadowoleni. No chyba że macie już dość młodych atrakcyjnych kobiet uśmiechających się szeroko w niepokojący sposób, bo akurat tego tu sporo.

Erupcja

Seans tego filmu to dość dziwne przeżycie, bo miałem wrażeniem, że oglądam studencką etiudę, do której jakimś cudem zaangażowano jedną z największych współczesnych gwiazd pop. Chciałbym go bardziej polubić, bo doceniam eksperymentalną formę, jak i z założenia lubię wszelkie snuje, ale tutaj po prostu przedobrzono. To jedna z tych produkcji, w trakcie tworzenia której na pytanie “a może byśmy?” odpowiedź “tak”, padała zanim dokończono pytanie. W efekcie dostajemy obraz skrajnie pretensjonalny i niezborny. Najgorszym elementem jest chyba, brzmiący jak wygenerowany w Ivonie, narrator opowiadający historię bohaterów oraz ich życie wewnętrzne. Odbiera to całkowicie niedomówienie, które akurat w tego rodzaju produkcji sprawdziłoby się lepiej niż podawanie wszystkiego na tacy. Awangarda, która jednocześnie stara się być w pełni zrozumiała, rzadko jest strawna. Możliwe, że jestem nim zirytowany bardziej niż powinienem, bo jednocześnie da się tu znaleźć skrawki interesującej relacji opartej o potrzebę nadania swojemu życiu jakiejkolwiek mitologii i szkoda, że zostało to zaprzepaszczone. Podoba mi się też, że Warszawa pokazana jest tu od bardzo mało turystycznej strony, widać w tym miłość do prawdziwej tkanki miejskiej, a nie tylko chęć powielania pocztówek. Lena Góra i Charlie xcx też są spoko. Możliwe, że jak obejrzycie Erupcję na leżaczku podczas pokazu plenerowego, to siądzie Wam lepiej niż mi.

12 małp

Uwielbiam ten film i zdecydowanie za długo go nie widziałem, więc ostatnio zaliczyłem powtórkę. Lubię do niego wracać, bo pozwala w pełni zrozumieć to, jak bardzo świadomym i rozumiejącym swoje medium filmowcem jest Terry Gilliam. Tym razem szczególną uwagę zwróciłem na sposób, w jaki 12 małp oddają emocje bohaterów za pomocą samego wyboru sposobu kadrowania poszczególnych scen.

Gilliam w 12 małpach często ucieka się do operatorskiego zabiegu zwanego "Dutch angle", czyli po prostu takiego ustawienia kamery, aby w efekcie utrzymać lekko przekrzywiony kadr. Jest to sztuczka znana już od początku lat dwudziestych ubiegłego wieku i chętnie stosowana w scenach mających ukazać odrealnienie bohatera.

Nie jest to więc zabieg nowatorski, ale tutaj wpisuje się idealnie w fabularną narrację filmu, bo w końcu mamy śledzimy poczynania bohatera, który sam nie wiem, czy może wierzyć swojemu osądowi rzeczywistości. Kiedy jest pewien swego, to kamera się stabilizuje, ale im z jego głową jest gorzej, tym kadrowanie bardziej się przechyla. W połączeniu z użyciem szerokokątnych obiektywów oraz zabaw z perspektywą (np. dzięki ustawieniu kamery na ziemi) otrzymujemy efekt skrajnej dezorientacji, w jakiej znajduje się główny bohater. Dzieje się tak chociażby za każdym razem kiedy Cole spotyka Goinesa.

Polecam powtórkę ze skupieniem się na tym elemencie. To i tak rewelacyjny film do ponownego oglądania, a z tą wiedzą można docenić go jeszcze bardziej.

Było czytane

Wystawa okropności

Z góry przepraszam, jeśli polegnę w próbie opisania wrażeń z tej lektury, ale Wystawa okropności to rzecz na tyle nietuzinkowa, że wymyka się normalnej ocenie. Wydana w 1970 książka J. G. Ballarada stanowi próbę opisania szaleństwa lat sześćdziesiątych. Podzielona na krótkie mini rozdziały przedstawia losy zaburzonych osobników zagubionych w swoich fascynacjach łączących tematykę ludzkiej biologii oraz technologicznego rozwoju, oczywiście w seksualnym kontekście. Wojna w Wietnamie, zabójstwo Johna Kennedy’ego i liczne katastrofy samochodowe stają się tu źródłem podniecającej fascynacji śmiercią oraz pornografią przemocy. Pewnie już nie brzmi lekko, a należy dodać do tego, że trudno tu mówić o standardowej fabule, a kolejne fragmenty tekstów są poszatkowane oraz napisane w sposób co najmniej enigmatyczny. To jedna z tych lektur, do których podchodzę bez konieczności pełnego zrozumienia, skupiając się raczej na transie, w jaki wprowadza mnie autor. I pod tym względem Wystawa okropności działa znakomicie, podczas czytania można poczuć, jak Ballard rozdrapuje bardzo nieprzyjemne miejsca ludzkiej psychiki i podsuwa je czytelnikowi pod oczy. Jest to odstręczające, ale jednocześnie niepokojąco fascynujące doświadczenie. W zrozumieniu książki pomagają dodane po latach komentarze autora do poszczególnych fragmentów oraz wyczerpujące posłowia autorstwa Macieja Płazy (który odpowiada też za przekład). Warto się zapoznać nie tylko dla dość unikatowych literackich doznań, ale także, aby zobaczyć, jaki wpływ Wystawa okropności na innych artystów lubujących się w ukazywaniu ambiwalentnych doznań, jakie niesie za sobą eksploracja ludzkiej cielesności.

Na jedno pub

Myślałem, że w okolicach 2010 roku już w miare dokładnie śledziłem (he he) polską scenę komiksową, ale przyznam się, że o tym tytule usłyszałem po raz pierwszy dopiero w tym roku. A przecież mowa o wspólnej pracy dwóch tytanów tego medium, czyli Michała “Śledzia” Śledzińskiego i Karola “KRL-a” Kalinowskiego. Jakim cudem mnie to ominęło? Odpowiedzi udziela sam Śledziu, który w dołączonej na końcu tomu rozmowie opowiada, że Na szybko Pub zamieszczany był w formie pasków w warszawskim magazynie "SOUL”, przez co nie nigdy nie trafiły do masowego odbiorcy. Jednak w polskim komiksie rzadko coś ginie na zawsze, więc wspólne dziecko KRL-a i Śledzia doczekało się porządnego albumowego wydania. I aby nie było, nie jest to tylko “zbieramy stare rzeczy do kupy i nara”, bo panowie podeszli do sprawy jak na dżentelmenów przystało uzupełnili album o nowe treści, poszerzając w ten sposób wcześniej przerwaną historię. No dobra, ja tu gadu gadu, ale o czym właściwie jest ten komiks? Na jedno pub opowiada o pracownikach i gościach tytułowej knajpy, która musi konkurować z modnym klubem otwartym po drugiej stronie ulicy. Jak można się spodziewać po tych autorach, zarówno bohaterowie, jak i ich przygody są mocno podszyte absurdem. Wystarczy wspomnieć, że jedną z postaci jest przebywająca na wymianie studenckiej panda. Fabularnie jest to rzecz raczej chaotyczna, ale chyba taki urok historii podawanych w formie pasków - tu raczej chodzi o kolejne komediowe sytuacje i różnego typu żarty. Humor bywa przyciężkawy, ale ma w sobie pasujący do całości knajacki urok, który powinien trafić do każdego, kto za młodu spędził trochę za dużo czasu w swojej ulubionej knajpie. Ja bumelancko-alkoholowe czasy mam już dawno za sobą, ale mam do nich pewien sentyment, więc doceniam jak autorom udało się tu oddać specyficzny klimat takich miejsc.

Rocznica tygodnia

“Top Gun” - 40 lat

16 maja 1986 roku do kina w całych USA trafił jeden z najbardziej ikonicznych filmów lat osiemdziesiątych, czyli Top Gun. Do dzisiaj utrzymuje swój kultowy status, który zyskał na sile dzięki znakomicie zrealizowanej kontynuacji sprzed kilku lat. Pozornie film legenda, ale polecam jego ponowny seans i zderzenie wspomnień z rzeczywistością. Bo tak naprawdę Top Gun jest w dużej mierze obrazem niezamierzenie zabawnym i niezręcznym. Pierwsze co rzuca się w oczy to jego niezamierzony homoseksualny vibe. Ci wszyscy umięśnieni, półnadzy wojacy grający w siatkówkę mieli być zapewne symbolem męskości, ale wyszło jak wyszło. To akurat jeden z bardziej uroczych elementów, o wiele gorzej zestarzała się scena, w której bohater grany przez Cruise’a “uwodzi” Kelly McGills. Jest przy tym tak natarczywy, że ich scena “łóżkowa” mogłaby posłużyć jako fragment materiału szkoleniowego o przekraczaniu osobistych granic. No i nie zapominajmy, że to w dużej mierze jedna wielka reklama służby wojskowej, w której dzielni piloci walczą z nienazwanym “wrogiem”, co z perspektywy czasu i obecnej sytuacji stanowi przykład pięknej nacjonalistycznej propagandy. Za to samoloty nadal fajnie latają.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Pisanie tego newslettera zajmuje trochę czasu, a wiadomo że ten równa się pieniądzom. Jeśli chcecie sprawić, abym miał go trochę więcej i swobodniej mógł przygotowywać dla Was kolejne teksty, to możecie wesprzeć moją twórczość za pomocą postawienia wirtualnej kawki (od 10 zł) za sprawą poniższego linku. Każda kawka na pewno mi pomoże w jeszcze sprawniejszym pisaniu do Was co piątek.