- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Kusi na Newsletter #57
Kusi na Newsletter #57
Kosmiczne rozgrywki oraz rodzinne wycieczki
W tym tygodniu złapał mnie mocny niedoczas, więc tym razem obędzie sie bez dłuższego wstępu. Po prostu zapraszam Was, jak prawie co tydzień, do lektury kolejnego odcinka newslettera. Miłego!
Korzystając z tego, że to pierwszy odcinek w tym miesiącu, pozwolę sobie przypomnieć już na starcie o tym, że jeśli lubicie moją pisaninę i ten newsletter, to możecie wesprzeć jego powstawanie stawiając mi wirtualną kawkę (od 8 zł). Każda taka cegiełka się liczy i pozwala poświęcić mi więcej czasu na pisania dla Was.
Trailery
Resident Evil
Podpięcie tego filmu pod markę Resident Evil to dla mnie tylko marketingowy dodatek, bo wystarczy mi fakt, że stoi za nim Zach Cregger, czyli reżyser zeszłorczonych Zniknięć. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie jest to jego projekty typu “coś dla nich”, który musiał zrobić, aby dostać zielone światło na coś własnego.
Decorado
Pomysł wzięcia uroczych animowanych stworzonek i wrzucenia ich w pokręconą historię dla dorosłych to niby nic nowego, ale mam słabość do niego słabość. Decorado zapowiada się jak kwaśny trip skierowany do zmęczonych rutyną i życiem w późnym kapitalizmie, czyli sporej części społeczeństwa. Nie zapowiada się na podnoszące na duchu kino.
Odyseja
Drugi trailer do nadchodzącego widowiska Nolana nie zdradza za dużo, skupiając się na pokazaniu postaci granych przez jego główne gwiazdy. Można czuć niedosyt, ale w sumie szanuję, że nie pokazują nam od razu połowy filmu i podsycają oczekiwania, co w dzisiejszych czasach należy raczej do rzadkości.
Newsy
Mel Gibson skończył sequel “Pasji”

Przez lata plotki o kontynuacji gibsonowskiej Pasji miały memiczny charakter, ale własnie zakończono prace na planie i film pojawi się w kinach w przyszłym roku. A właściwie dwa filmy, bo The Ressurection of Christ podzielone zostało na dwie części. Pierwsza z nich trafi do kin w wielki Piątek, a druga półtora miesiąca później, w dzień Wniebowstąpienia Pańskiego. O fabule na razie wiadomo tyle, że będzie skupiała się na wydarzeniach mających miejsce po ukrzyżowaniu Chrystusa. Razem mają kosztować ponad 200 milionów dolarów.
Linie lotnicze zgubiły Oscara Pavla Talankina

Historie o zagubionych bagażach lotniczych to nic nowego, ale czasami dotyczą rzeczy naprawdę wyjątkowych. Przekonał się o tym ostatnio Pavel Talankin, który podczas odprawy na lot z Nowego Jorku do Frankfurtu został poinformowany, że nie może wnieść do samolotu swojego Oscara, którego otrzymał za film “Pan Nikt kontra Putin”. Pracownica ochrony lotniska stwierdziła, że statuetka może zostać użyta jako broń i musi zostać nadana jako normalny bagaż. Po przylocie do Frankfurtu Talankin dowiedział się, że paczka z jego Oscarem zagubiła się przy sortowni. Na szczęście dwa dni później zguba się znalazła, a Lufthansa wypuściła oficjalne przeprosiny dla reżysera. Niech to będzie nauczka dla Was — jeśli chcecie gdzieś polecieć ze swoją nagrodą filmową, to sprawdźcie temat wcześniej, może unikniecie przykrych niespodzianek.
Spektakularna klapa “Desert Warrior”

W kinie katastrofy finansowe to nie nowość, ale rzadko są tak spektakularne, jak w przypadku Desert Warrior. Ten osadzony w siedmiowiecznej Arabii i kosztujący 150 milionów dolarów (opłacone przez Saudów) film historyczno-przygodowy w czasie swojego premierowego weekendu zarobił 695 564 dolary, co nie jest nawet procentem jego budżetu. Podobno jego kręcenie było jednym wielkim bajzlem i nikt się jakoś specjalnie nie kwapił to promocji tego bubla. Z grającym główną rolę Anthonym Mackiem na czele. Cóż, największe porażki także znadjują swoje miejsce w historii kina.
“Diabeł ubiera się u Prady 2” sukcesem finansowym.

Z kolei na brak zainteresowania widzów nie może narzekać kontynuacja modowego hitu sprzed dwudziestu lat (swoją drogą, nie znoszę tego filmu). Od swojej piątkowej premiery Diable ubiera się u Prady 2 zarobił na całym świecie już ponad 250 milionów dolarów, stając się w ten sposób jedną z najlepiej zarabiających premier tego roku.
“Jak nakarmić dyktatora” zadebiutuje na Tribece

Jak nakarmić dyktatora, czyli dokument będący adaptacją świetnego zbioru reportaży Witolda Szabłowskiego (przedstawiający sylwetki pięciu kucharzy będących w przeszłości na usługach dyktatorów), będzie miał swoją premierę na nowojorskim festiwalu filmowym Tribeca. To pierwsza polska książka należąca do literatury faktu (i szósta w ogóle), która została zekranizowana przez Amerykanów. Miejmy nadzieję, że film dorówna poziomem oryginałowi.
Xbox rezygnuje ze swojego copilota AI

Niecałe dwa miesiące temu ogłoszono, że Xbox doczeka się swojego asystenta AI, którego celem ma być pomaganie w przechodzeniu gier. Reakcje graczy na tę wieść, delikatnie mówiąc, były niezbyt pozytywne i wyraźnie sugerowały, że nikt na taką usługę nie czeka. Nie wiadomo, czy to wynik ogólnego niezadowolenia odbiorców, ale w tym tygodniu nowa CEO Xboxa, Asha Sharma, ogłosiła, że pracę nad “Copilot for gaming” zostają zawieszone. To kolejny przykład dobrego PR ze strony nowej prezeski, która w zeszłym miesiącu zdobyła uznanie growej społeczności stwierdzeniem, że Game Pass stał się za drogi i wymaga zmian.
Było oglądane
Rambo: Pierwsza krew

W zeszły czwartek miałem okazję powtórzyć sobie Rambo: Pierwsza krew (wrócił do kin, polecam poszukać seansów). I choć byłem przygotowany, że część pierwsza to zupełnie inny film niż kontynuacje, to i tak byłem pod wrażeniem, jak bardzo Rambo jako symbol ekranowej rozpierduchy przyćmiewa to, kim na początku była ta postać.
Choć miał swoją premierę w 1982 roku, to Rambo jest bliższy duchem Kina Nowego Hollywood z lat siedemdziesiątych. Ciągnie się za nim ten cały brud i rozczarowanie systemem wykorzystującym swoich obywateli, a potem pozostawiającym ich na pastwę losu. Sam John Rambo staje się w ten sposób symbolem tego wszystkiego, o czym mieszkańcy miasteczka Hope chcieliby już zapomnieć. Przetrwali zawirowania dwóch poprzednich dekad, a teraz chcą mieć już święty spokój. Wraz z Reaganem wróciły stare, porządne amerykańskie wartości. Tacy jak Rambo psują ten obraz.
Rechotem popkulturowej historii jest fakt, że to właśnie ten bohater stał się potem symbolem niezdrowego podniecenia przemocą i bronią, tak charakterystycznego dla kina epoki reaganizacji. Owszem, zwłaszcza w drugiej połowie te elementy akcji są tu istotne, ale trzeba zauważyć, że sam Rambo wydaje się jedyną osobą, która stara się od przemocy uciec. Natomiast na prawie wszystkich członków ekipy pościgowej działa ona jak afrodyzjak. Oni nie tylko chcą dorwać zbiega, ale też w końcu "pobawić się w wojnę" i dać upust swoim instynktom.
Podczas tego seansu zaskoczyło mnie też to, jak bardzo mało ukojenia daje tu finał. Owszem, Rambo dostaje tu w końcu możliwość wypłakania się w ramię swojego wojskowego ojca w postaci Sama Trautmana, ale poza ramieniem do wypłakania ten nie oferuje mu niczego więcej. Scena emocjonalnego wybuchu bohatera przedstawia złudne catharsis, bo tak naprawdę nic się zmienia. Zwichrowany przez system weteran trafi do miejsca odosobnienia, czyli dokładnie tam, gdzie od samego początku najchętniej widzieliby go jego filmowi oprawcy, którzy po otrząśnięciu się z wywołanego na własne życzenie koszmaru, wrócą do dającej pozorne ukojenie iluzji spokoju. To samo można powiedzieć o widzach, którzy przez następną dekadę będa mogli się spokojnie cieszyć kinem akcji, które nie próbuje zadawać niewygodnych pytań.
The Bear: Gary

Do finałowego sezonu The Bear zostało jeszcze półtora miesiąca, ale twórcy postanowili osłodzić oczekiwanie za sprawą odcinka specjalnego, który w tym tygodniu niespodziewanie wleciał na Disney+. Trwające godzinę Gary rozgrywa się przed wydarzeniami z pierwszego sezonu i skupia się na postaciach Michaela i Richiego podczas ich wyprawy do tytułowego miasteczka sąsiadującego z Chicago. Chłopaki zostają tam wysłani z paczką od Wujka Jimmy’ego, co daje im trochę czasu na pobycie razem. Dość intensywnego, bo w ciągu niecałego dnia zaliczają między innymi dość intensywną imprezę w miejscowym barze. Jeśli ktoś ma dość tego, jak bardzo The Bear skupia się ostatnio na wątkach dramatycznych, to Gary będzie dla niego nieznośny. Ja akurat należę do grupy, która bardzo lubi te wszystkie osobiste wątki i narracyjne miniatury, więc ten odcinek przypadł mi do gustu. W dużej mierze dzięki temu, że daje okazje obejrzeć więcej Michaela w wykonaniu wspaniałego Jona Bernthala. Do tego ten odcinek, dzięki znajomości dalszych losów postaci, ma w sobie nieuchronny ciężar, bo doskonalewiemy, że Mike wkrótce popełni samobójstwo, a Richie rozstanie się z matką swojego rodzącego się za chwilę dziecka. Wszystko co dzieje się na ekranie jest podsztę tą przyszłą tragedią. Gary nie jest odcinkiem, bez którego The Bear by sobie nie poradził, ale dobrze wzbogaca emocjonalną stronę postaci i sam w sobie stanowi kawał porządnego krótkiego metraż.
The Expanse

Nie jest to serial, do którego zapałałem miłością od pierwszego odcinka. Wręcz przeciwnie, mająca miejsce dobre parę lat temu pierwsza próba wejścia w świat The Expanse zakończyła się dość szybką rezygnacją. Jednak minęło trochę czasu, a seria zdążyła się zakończyć i zdobyć opinię jednego z najlepszych seriali science-fiction w historii, więc postanowiłem dać jeszcze jedną szansę. I przyznam, że tym razem też musiałem się trochę przekonywać, aby nie odpuścić po paru odcinkach.
Problem z rozpoczęciem przygody z The Expanse jest taki, że twórcy nie patyczkują się z widzami i wrzucają ich od razu w skomplikowany świat przedstawiony pełen postaci, nazw własnych i politycznych układów. Człowiek trochę nie wie kto, z kim i w jakim celu, co początkowo wywołuje uczucie sporego zagubienia. Jednak jeśli uzbroimy się w cierpliwość i damy czas, aby to wszystko poukładać sobie w głowie, to okazuje się, że właśnie ten rozmach i wielowątkowość są jedną z największych zalet tej produkcji.
Od samego początku czuć w tej historii jej rpgowy rodowód (jeden z autorów książek najpierw stworzył ten świat pod planowaną grę MMORPG potem pod papierowy system) - wszyscy członkowie głównej drużyny uosabiają pewnego rodzaju klasy, a świat i fabuła nabierają rozpędu wraz z ich rozwojem. Piszę o tym także dlatego, że te growe korzenie tłumaczą wręcz absurdalne szczęście bohaterów do znajdowania się dokładnie tam, gdzie rozgrywają się najważniejsze wydarzenia w całym Układzie Słonecznym.
Podoba mi się to, jak w tym serialu (a wcześniej w książkach) wygląda sprawa Worldbuildingu, który potrafi dobrze ukryć swoje proste założenia. Tutaj znowu pojawiają się growe skojarzenia, bo podział naszego wycinka na trzy główne frakcje (Ziemianie, Marsjanie i Pasiarze) przypomina mi ustawienie jakiegoś RTS-a z przełomu lat 90 i 00. Można by się czepiać , że to bardzo uproszczona wizja, ale ograna tak sprawnie za sprawą barwnych postaci i poszczególnych wątków, że dająca poczucie pewnego rodzaju głębi. Może wynika to z faktu, że nikt nie stara się ukazać dokładnych zasad funkcjonowania tego świata, wystarczy pokazać tylko potrzebne dla fabuły elementy. Dobrze sprawdza się to, że wszystkie najważniejsze wydarzenia możemy oglądać z dwóch perspektyw: załoga Rocinante doświadcza wszystkiego bezpośrednio, co pozwala skupić się na pojedynczych bohaterach, a obserwujący sytuację z daleka politycy pokazują jej wpływ na kształt całego uniwersum. I oba ta spojrzenia okazują się zazwyczaj równie ważne.
Jestem zdania, że to serial, który rozkręca się pod koniec pierwszego sezonu, bo dopiero wtedy pokazuje wszystkie swoje gatunkowe karty. Początkowo może się wydawać, że oglądamy science-fiction bez wyraźnych elementów nadprzyrodzonych. Jednak pojawienie się artefaktu w postaci protomolekułr wrzuca całość w bardziej fantazyjne rejony, w których znalazło się miejsce na genetyczne mutacje, ślady pradawnej kosmicznej cywilizacji i czyhające gdzieś tam międzygwiezdne zagrożenie. Co więcej, takie rozszerzenie według mnie wpływa także dobrze na wątki społeczno-polityczne, bo podbija poczucie frustracji z niemożności współpracy nawet w obliczu potencjalnej katastrofy.
Bohaterowie The Expanse”to też ciekawa sprawa, bo stanowią dla mnie największą zaletę, jak i wadę tego serialu. Zaletę, bo w ciągu tych sześciu sezonów poznajemy całą masę rewelacyjnych postaci drugoplanowych i pierwszoplanowych (wśród moich ulubieńców mogę wymienić Amosa, Chrisjen Avasaralę, Caminę Drummer, Robbie Traper czy Klaesa Ashforda), do których łatwo się przywiązać. Wadą, bo dwie najważniejsze postaci, czyli James Holden i Naomi Nagata to wyjątkowo nijakie kluchy, które robią się tylko coraz bardziej irytujące.
Ten serial ma swoje wady. Można mu wytykać rażące dziury logiczne (zarówno w kwestii fabuły, jak i świata przedstawionego), nie zawsze dowożące aktorstwo czy widoczne od czasu do czasu braki budżetowe. Można by przyczepić się do wielu rzeczy, ale są one drugorzędne wobec uczucia uczestniczenia w epickich rozmiarów kosmicznej przygodzie, która rozgrywa się w solidnie zbudowanym uniwersum. Przygodzie z gatunków tych, które po zakończeniu pozostawiają w człowieku pustkę, którą nie będzie tak łatwo zastąpić, bo tego typu produkcję nie pojawiają się w serialowym świecie za często.
Było czytane
Battle Chasers

Kto czyta tę część newslettera pewnie zauważył, że gdy piszę o komiksach to staram się polecać tytuły, które w jakiś sposób mi przypadły do gustu. Zazwyczaj jeśli coś mi nie podpasuje, to po prostu pozwalam takim tytułom pozycjom zginąć w mrokach niepamięci. Jednak są momenty, w których po prostu muszę się powyzłośliwiać, a Battle Chasers są właśnie takim przypadkiem. Myślę, że powodem ku temu może być marketingowa otoczka mówiąca, że o to mamy do czynienia z jednym z najbardziej kultowych serii przełomu lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Sam nigdy wcześniej po komiks Joe Madureira nie sięgnąłem, więc byłem nawet zaintrygowany. Zwłaszcza że to zbiorcze wydanie jest naprawdę imponujące — solidne, potężne i wypełnione materiałami bonusowymi. Mam też słabość do pulpy w stylu heroic fantasy, więc nawet czułem entuzjazm związany z początkiem epickiej przygody.
Niestety, wystarczyło parę chwil, aby ten całkowicie się ulotnił. Jak dla mnie kreska i sposób narracji autora ucieleśniają wszystko, co najgorsze w amerykańskim komiksie z końcówki lat 90. Wiecie, te wszystkie “dorosłe” pozycje z repertuaru wczesnego Image czy innego WildStorm. Trzeba oddać Maddureiry, że jego rysunki mają rozmach, ale co z tego, jeśli pod każdym innym względem to rzecz najzwyczajniej na świecie miałka. Jakby wyciągnięta z generatora przegiętego fantasy, charakterystycznego właśnie dla tego okresu. No dobra, można powiedzieć, że w końcu mamy do czynienia z przedstawicielem jakiegoś nurtu, więc taka krytyka to zwykłe czepialstwo, ale od tego czasu powstało wiele komiksów, które bawią się takimi motywami w o wiele bardziej porywający sposób. Battle Chasers to ten rodzaj komiksu, o których tworzeniu marzyłem mając piętnaście lat, ale potem mi przeszło. Marzenie o własnej sadze fantasy to piękna rzecz, ale takie rzeczy często sprawdzają się lepiej pozostawione w wyobraźni autora. To samo dotyczy Waszych wspomnień o tym komiksie — jeśli go kiedyś czytaliście, to pewnie te są o wiele piękniejsze niż zderzenie z rzeczywistością w postaci lektury Battle Chasers w roku 2026.
A na koniec zobaczcie sobie najbardziej charakterystyczny element komiksu, czyli Monikę i jej absurdalnie duże cycki. I tak prawdopodobnie Madureira stworzył ją jako parodię tego typu designu postaci, ale efekt jest tak komiczny, że trudno nie dostać ciar zażenowania.

