- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Kusi na Newsletter #56
Kusi na Newsletter #56
Zdesperowane matki i tymczasowi szeryfowie
Niespodzianka, newsletter w czwartek! Powód jest prosty, jutro pierwszy maja, więc jakoś nie wierzę, że komuś będzie się chciało sprawdzać maila i czytać nowy odcinek. Mam nadzieję, że ta szokoująca zmiania nie zrujnuje Waszych poukładanych żyć i zapraszam do lektury. No i oczywiście życzę miłej majóweczki.
Trailery
Voidance
Ten film wygląda tanio nawet jak na standardy niskobudżetowych science-fiction, ale jakoś trudno mi nie kibicować takich produkcjom za sam fakt, że udało się je zrealizować. Poza tym kosmiczny kryminał oparty o motyw zapętlania czasu brzmi całkiem cool.
The Birthday Party
Willem Dafoe w roli demonicznego miliardera, który w latach siedemdziesiątych wyprawia swojej córce wystawne przyjęcie urodzinowe. Tyle mi potrzeba, aby zainteresować się tym filmem.
Newsy
7 lat za wypuszczenie Legendy Aanga do sieci

W zeszłym tygodniu pisałem tutaj o pełnometrażowej animacji The Legend of Aang, która w całości wyciekła do sieci na kilka miesięcy przed zapowiadaną premierą. Okazało się, że sprawa jest traktowana bardzo poważnie i dość szybko schwytano głównego podejrzanego, którym okazał się mieszkający w Singapurze dwudziestosześciolatek. Grozi mu nawet do siedmiu lat pozbawienia wolności.
“Michael” z rekordem otwarcia dla biografii muzyka

Na nic zdały się lamenty krytyków oraz kontrowersje wokół postaci Jacksona. Michael, jego filmowa autobiografia, zaliczyła fenomnenalny weekend otwarcia, w którym zarobiła prawie sto milionów dolarów w samych USA (rekord dla biopicu muzyka) i ponad 217 milionów na całym świecie.
Matthew McConaughey i Pedro Pascal w nowym filmie Parka Chan Wooka

Po wyśmienitym Bez wyjścia Park Chan-Wook zabrał się za film z anglojęzyczną obsadą. I to całkiem potężną, bo znaleźli się w niej Matthew McConaughey, Austin Butler i Pedro Pascal. The Brigand of Rattlecreek ma być westernem opowiadającym o szeryfie i lekarzu szykującym zemstę na grupie bandytów terroryzujących małe miasteczko. Brzmi generycznie, ale po tak pokrętnym twórcy jak Park spokojnie można się spodziewać czegoś oryginalnego. Przy okazji warto wspomnieć, że scenariusz filmu napisał Craig Zahler (ten od Bone Tomahawk), więc na pewno będzie bardzo krwawo.
Nintendo ubiło kanał PokeNational

Nintendo, jak mało która korporacja, naprawdę poważnie podchodzi do kwestii naruszenia swoich praw autorskich, często ocierając się przy tym o absurd. Na przykład dwa miesiące temu jego przedstawicielie zmusili do nazwy właścicielei nowojorskiego sklepu z kartam “The Poke Court”, o którym zrobiło się głośno z powodu napadu z bronią, jakiegoś stali się ofiarą. Tym razem ich gniew spadł na popularny youtubowy kanał PokeNational, na którym zamieszczane były stylizowane na filmy dokumentalne, animacje przedstawiające Pokemony w ich naturalnym środowisku. Profil rozwijał się ładnie od 2022 roku, ale w zeszłym tygodniu został zablokowany na YT przez natłok zgłoszeń o naruszenie praw autorskich. Autor filmików usunął wszystkie nagrania i w osobnym filmiku pożegnał się z fanami, twierdząc, że nie ma sił na walkę z tak wielką firmą jak Nintendo.
Wystawa psów-robotów o twarzach miliarderów

Jeśli z jakiegoś powodu chcielibyście już nigdy w życiu nie zasnąć, to polecam Wam obejrzeć relację z nowej wystawy w berlińskim Neue Nationalgalarie. Mike “Beeple” Winkelmann stworzył instalację, w ramach której po muezum chodzą robotyczne psy robiące “wydalające” zdjęcia, jakie zrobiły swojemu otoczeniu. Jednak naprawdę niepokojący jest fakt, że część z nich nałożono gumowe maski przedstawiające twarze miliarderów, takich jak Jeff Bezos, Elon Musk czy Mark Zuckerberg. Z kolei inne robopsy przedstawiają postaci ze świata sztuki, choćby Pabla Picassa i Andy’ego Warhola. Według słów twórcy wystawy, ma ona symbolizować świat, w którym miejsce dawnych artystów przejęli właściciele technologicznych korporacji kształtujący sposów, w jaki widzimy świat.
Wrota do koszmaru możecie otworzyć o tutaj:
Było oglądane
Normal

Jeszcze parę lat temu chyba nikt nie uwierzyłby, że około sześćdziesiątki Bob Odenkirk zostanie bohaterem kina akcji. A tu proszę, w ciągu ostatnich pięciu lat dostaliśmy dwie części Nikogo oraz właśnie Normal. I niestety, muszę przyznać, że tym razem poczułem się, jakbym po raz któryś słyszał ten sam żart, tylko opowiedziany w trochę innej otoczce.
Główny bohater, Ulysses, przyjeżdża do tytułowego miasteczka w roli szeryfa zastępczego. Poprzedni nieoczekiwanie zginął, a w oczekiwaniu na następnego ktoś musi pełnić tę funkcję. Ulysses, z powodu traumatycznych wydarzeń z przeszłości, stara się unikać konieczności podejmowania decyzji, więc funkcja stróża prawa w sennej mieścinie jak najbardziej mu odpowiada. Problem zaczyna się w momencie, kiedy nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że na jaw wychodzą sekrety mieszkańców, którzy bardzo nie chcieliby, aby ktoś się o nich dowiedział.
I wtedy zaczyna się groteskowa jatka, która stanowi esencję tego filmu. I choć ostatnio odczuwam już trochę przesyt komediowymi akcyjniakami opierającymi swój humor głównie na przerysowanej przemocy, to tutaj kilka razy nawet się uśmiechnąłem. Głównie dlatego, że tym razem zarówno główny bohater, jak i jego przeciwnicy nie należą do grona wyszkolonych zabijaków i spora część zgonów wynika z ich nieumiejętnego obchodzenia się z bronią. Są tu też z dwa lub trzy interesujące fabularne twisty, ale reszta pozostaje mocno nijaka. Wiadomo, że fabuła w tego typu produkcjach często jest pretekstowa, ale w tym przypadku nikt nie stara się tego ukryć. I wydaje mi się, że w dużej mierze to kwestia dialogów, w których za często dochodzi do ekspozycji “to ten moment scenariusza, aby bohater czegoś się dowiedział”.
Spędziłem te półtorej godziny całkiem przyjemnie, ale nie wiem, czy dla kilku pomysłowych scen i samego Odenkirka trzeba koniecznie wybrać się do kina, lepiej chyba poczekać na towarzyski seans przed telewizorem. A i wtedy wolałbym chyba powtórzyć sobie Hot Fuzz
Margot jest spłukana (po pięciu odcinkach)

Nowa perełka dostępna na Apple TV (dlatego pewnie prawie nikt o niej u nas nie pisze) jest serialem przewrotnym i to w dość nieoczywisty sposób. Łatwo się nim zainteresować, bo mocnych punktów zaczepienia jest tutaj naprawdę dużo — wystarczy wymienić kontrowersyjną tematykę (samotna matka w akcie desperacji zakłada profil na Only Fans), przepotężną obsadę (Elle Fanning, Michelle Pfeiffer i Nick Offerman) i bezpruderyjne podejście do tematyki seksu oraz rodzicielstwa. Wiem, brzmi edgy, ale zaufajcie mi, że to produkcja mająca to zaoferowania więcej niż tylko tanie szokowanie.
Tytułowa Margo to obiecująca, obdarzona talentem pisarskim studentka literatury, która nieroztropnie wdaje się w romans z wykładowcą, co kończy się ciążą. Ojciec dziecka nie chce mieć z nią nic wspólnego, a jej sytuacja rodzinna też nie pomaga w tej sytuacji — jej matka, była kelnerka w Hooters, nie jest fanką pomysłu zostania babcią, a z kolei jej ojciec, były wrestler obecnie uzależniony od opioidów, nigdy nie był dla niej wsparciem. Jest tu dużo jechania po bandzie, odważnego epatowania cielesnością (zarówno jeśli chodzi o nagość, jak i ukazywanie “uroków” macierzyństwa) i wulgarnego języka.
A co w tym wszystkim przewrotnego? A to, że w gruncie rzeczy to przede wszystkim zaskakująco ciepła, słodko-gorzka opowieść o skomplikowanych rodzinnych relacjach, w której na pierwszym miejscu znajdują się świetnie poprowadzone relacje między postaciami. Ta cała edgy otoczka skrywa w sobie naprawdę dobrze poprowadzony dramat . Jeśli dodamy do tego brawurową realizację, wyśmienite aktorstwo (Fanning wyrasta w moich oczach na jedną z najbardziej utalentowanych aktorek swojego pokolenia) i zniuansowane podejście do poruszanych tematów, efektem jest serial, którego nie powstydziłoby się HBO ze swoich najlepszych czasów.
Na razie pojawiło się pięć odcinków, więc jeszcze nie czas na ostateczny werdykt, ale już teraz czuję, że Margo jest spłukana znajdzie się wysoko w mojej tegorocznej, serialowej topce.
Było czytane
Komiks polski. Złoty okres.

Raczej nie ukrywam, że jak wielu polskich komiksiarzy, jestem zmęczony wciąż obecną u niektórych obsesją na temat PRL-owskich komiksów. Nie ma do nich nic osobistego, ale każdy, kto miał kiedyś okazję rozmawiać z tak zwanymi “Kajkoszami”, ten wie, że potrafią odebrać człowiekowi chęć do życia. Dlatego na początku okładka tego albumu (swoją drogą świetna praca autorstwa Tomka Leśniaka) sprawiła, że wydałem z siebie głośne “znowu”. Jednak po przeczytaniu publikacji muszę przyznać, że to rzecz wartościowa dla każdego, kto interesuje się historią polskiego komiksu. Wydana jako album towarzyszący wystawie stanowi po części zbiór tekstów napisanych przez czołowych badaczy rodzimych opowieści obrazkowych. Potężna dawka wiedzy od fachowców, ale należy pamiętać, że mowa o artykułach napisanych językiem akademickim, co pewnie ograniczy grono odbiorców. W drugiej części możemy przeczytać biogramy opisywanych w tekstach twórców, a na samym końcu przedruki ich prac. Trzeba przyznać, że całość jest wydana bardzo porządnie, co szczególnie cieszy w części ilustracyjnej, bo ta naprawdę cieszy oko. Jak już wspomniałem — jest to rzecz niszowa, a do tego z ograniczoną dystrybucją, bo zamówić ją można tylko drogą mailową. Jeśli ktoś czuję, że to rzecz leżąca w jego obszarze zainteresować, to może wysłać zapytanie pod adres [email protected]
Drom

Drom to jeden z tych albumów, które pozostawiają mnie bezsilnym, bo są tak oszałamiające w warstwie graficznej i podejściu do narracji, że braknie mi słów, aby to opisać. W swoich pracach Jesse Lonergan stosuje szaloną, jeśli pomyśli się o nakładzie potrzebnej do tego pracy, metodę przedstawiania historii za pomocą wielu malutkich kadrów, które razem składają się na większą planszę. O i widzicie, można by pomyśleć — przecież tak właśnie działają komiksy? To prawda, ale Lonergan czyni w sposób taki cuda, że w czasie lektury wielokrotnie czułem się po prostu oszołomiony. Zresztą zobaczcie powyższą okładkę albo poniższą planszę. A to tylko jeden z dziesiątków przykładów, jakimi jest wypełniony ten komiks. Od strony fabularnej to przypowieść o boskiej parze, która zasiedla świat ludźmi i z rozczarowaniem obserwuje ich poczynania. Pierwotna przemoc łączy się tu z mistycyzmem, a całość przywodzi na myśl dzieła takich tytanów komiksowej fantastyki jak Moebius czy Phillipe Druillet. Lonergan stawia na opowiadanie obrazem, przez co znaczna część tego tomu jest niema, dialogi pojawiają się sporadycznie. Jednak prowadzi opowieść z takim kunsztem, że ani przez chwilę nie czułem się w trakcie lektury zagubiony. No, chyba że chodzi o momenty, w których oglądałem kolejne strony z rozdziawioną paszczą i próbowałem ogarnąć ich rozmach oraz jednoczesne przywiązanie do detali.

Było grane
Pragmata

Grając w Pragmatę czułem się trochę, jakbym przeniósł się gdzieś pomiędzy rok 2005 a 2010. I nie chodzi o to, że nowa gra Capcomu sprawia wrażenie aż tak przestarzała. Po prostu przypomniała mi o czasach, kiedy duży producenci o wiele chętniej sięgali po nowe IP, w których śmielej eksperymentowali z mechanikami rozgrywki.
Pragmata to dowód na to, że powiew świeżości jest możliwy nawet w tak skostniałym gatunku, jakim są shootery TPP. Wszystko opiera się o to, że podczas każdej walki oprócz tradycyjnego strzelenia jednocześnie hakujemy system przeciwnika za pomocą widocznego na screenie poniżej ekranu podzielonego na kratki. Na początku wydaje się to skrajnie chaotyczne i dezorientujące, ale szybko wchodzi w krew i niesamowicie zwiększa frajdę czerpaną z gry. System strzelanie-hakowanie jest prosty w zrozumieniu, ale na tyle wypełniony dodatkowymi modyfikacjami, trybami i tego typu urozmaiceniami, że walka nie nudzi się właściwie do końca rozgrywki. Ten patent sprawdza się na tak dobrze, że pewnie zarazi gry TPP na kolejne dziesięć lat niczym tryb detektywistyczny czy crafting przedmiotów.
No dobra, nawet najlepszy i dobrze zrealizowany patent na rozgrywkę nie wystarczy, jeśli reszta gry będzie mizerna. Jednak tutaj też wszystko jest na swoim miejscu. Pragmata poza systemem walki jest grą raczej bezpieczną, stawiającą na mało stresującą eksplorację połączoną z rozwiązywaniem niezbyt skomplikowanych zagadek środowiskowych. Dodajcie sporo poukrywanych po poziomach znajdziek, które można zmieniać na kolejne ulepszenia w naszej bazie i macie solidną podstawę, która po prostu się sprawdza.
Z warstwą fabularną i pomysłem na świat sprawa ma się dwojako. Jeśli chodzi o samą historię i światotworzenie to pod tym względem postawiono raczej na klasykę: nasz bohater to generyczny biały facet z gry komputerowej, który jest częścią ekipy mającej sprawdzić, co wydarzyło się w pewnym ośrodku naukowo-wydobywczym na Księżycu. Jak łatwo się domyślić, prowadzone tam eksperymenty wymknęły się spod kontroli i teraz ktoś musi posprzątać cały ten bajzel.
I tu dochodzimy do drugiej głównej siły gry, czyli tytułowej Pragmaty o imieniu Diana. To dziecko-android, które staje się nierozłącznym elementem podróży głównego bohatera. To właśnie dzięki DIanie mamy dostęp do hakowania przeciwników i kontroli nad elementami otoczenia. Jednak jej głównym zadaniem jest bycie PRZESŁODKĄ MAŁĄ DZIEWCZYNKĄ zadającą głównemu bohaterowi pełno ciekawskich pytań. Przyznam się, że wielokrotnie dałem się złapać na jej urok, bo potrafi być naprawdę rozczulająca, ale jednocześnie nie do końca kupuję tę, pozbawioną jakiegokolwiek konfliktu relację. Dobra, bohater będący wholesome rodzicem (a nie bucem pokroju Kratosa) od samego początku musi budzić sympatię, ale trochę to wszystko za bardzo trąci fantazją o idealnej córeczce tatusia i wypaczoną w ten sposób wizją ojcostwa.
Może nie zakochałem się w Pragmacie, ale gra bardzo mi siadła, jeśli chodzi o moje mainstreamowe potrzeby. Jest oryginalna i jednocześnie całkiem przystępna, bywa wyzwaniem, ale przez większość czasu stawia na flow rozgrywki. Nie jest sztucznie przedłużona, ale też ma sporo dodatkowej zawartości dla szperaczy. Mógłbym wymieniać tak długo, ale chyba rozumiecie, o co chodzi. Po prostu naprawdę fajnie jest sobie pograć w doszlifowaną grę AAA, która oferuje nietypową mechanikę i nie jest podpięta pod jakoś znaną franczyzę. W epoce sequelozy i wałkowanych w kółko rozwiązań taka pozycja zawsze będzie przeze mnie witana z otwartymi rękoma.
Tekst na podstawie egzemplarza recenzenckiego otrzymanego od wydawcy, czyli Cenegi.

Rocznica tygodnia - GTA IV

29 kwietnia osiemniaście lat skończyła moja ulubiona gra od Rockstar, czyli GTA IV. Wydaje mi się, że należę do mniejszości, ale dlamnie to właśnie przy historii Niko Bellica gangsterska seria osiągnęła swój szczyt. Podjęto w niej sporo kontroweryjnych decyzji - pod względem wielkości i zawartości niby stanowiła krok wstecz do absurdalnie rozdmuchanego San Andreas, postawiono także na o wiele poważniejszy klimat oraz bardziej realistyczną fizykę jazdy oraz strzelania. I kurde, to wszystko siadło mi jak złoto. Choć mapa się wyraźnie zmniejszyła, to wszystko w niej sprawiało wrażenie dopiętego pod ostatni guzik. Liberty City z tej części to chyba moja ulubiona cyfrowa metropolia w historii growego medium.
Także sam Niko sprawiał wrażenie bohatera z krwi i kości. Zupełnie inny od reszty bohaterów serii, kierowany osobistym dramatem i obdarzony większą samoświadomością w kwestii syfu, w jaki się musi wpakować. GTA IV ma w sobie wciaż sporo typowego dla serii humoru, ale sama historia jest o wiele brudniejsza i przykra. O czym może świadczyć fakt, że oba możliwe do zobaczenia zakończenia trudno uznać za pozytywne. Powtórzyłem sobie ostatnio GTA V i jednak brakowało mi tam tej scenariuszowej głębi. Oczywiście mogę to bardzo romantyzować, bo w IV grałem jako dziewiętnastolatek (kupienie jej kilka dni przed maturami to był ryzykowny pomysł) i pewnie teraz widziałbym to inaczej. Nie zmienia to faktu, że takie "That Special Someone" do dziś pozostaje jednym z najbardziej emocjonalnie momentów, które przeżyłem jako gracz.
Ostatnio przeczytałem gdzieś opinię, że GTA IV, to świetnia gra, ale średnie GTA. Może coś w tym jest, ale nie zmienia to faktu, że chyba już na zawsze pozostanie moim ukochanym przedstawicielem swojego gatunku.
