Kusi na Newsletter #55

Partnerskie awantury i zapętlone korytarze

W ubiegłą środę minęło dwadzieścia pięć lat od premiery Shreka (co ciekawe, tego samego dnia wyemitowano też pierwszy odcinek Chłopaków z baraków). Nie bójcie się, to nie będzie kolejny tekst w stylu “o jacy my wszyscy jesteśmy starzy”. Przywołuję Shreka, bo idealny przykład na to, jaki wpływ potrafi mieć na popkulturę sukces jakiegoś wyjątkowego udanego dzieła. Może jestem w uczucie osamotniony, ale gdy pomyślę o pojawiających się intensywnie przez następną dekadę, mniej lub bardziej udanych, animacji silących się na “dorosły humor”, to przechodzą mnie ciarki zażenowania. U nas łączyło się to dodatkowo z tłumaczeniem Bartosza Wierzbięty, które rozpoczęło modę na przekłady uwzględniając lokalne konteksty kulturowe. Lubię zarówno Shreka, jak i translatorskie popisy Wierzbięty, ale ich naśladowcy skutecznie popsuli mi przyjemność z ich oglądania.

Problem z tego typu modami jest taki, że mniej zdolni twórcy biorą jakiś charakterystyczny element i próbują przykryć nim niedoskonałości swojego dzieła. Innym filmem, który uwielbiam, ale uważam, że popsuł swój gatunek na wiele lat, jest Krucjata Bourne’a. O ile pierwsza część, w reżyserii Douga Limana, była “tylko” wyśmienitym thrillerem szpiegowskim, to reżyserowana przez Paula Greengrassa dwójka jest już akcyjniakowym dziełem sztuki. Za sprawą intensywnemu montażowi oraz trzęsącej się kamerze udało się stworzyć sceny akcji, które kipią od surowej i brutalnej energii. Jednak sztuczki ekipy Greengrassa podchwycili inni filmowcy, uznając że to świetny sposób na oszukanie widzów. W ten sposób doczekaliśmy się zalewu filmów akcji, w których dynamiczny montaż służy ukryciu wątpliwej kondycji głównych aktorów. Bohaterem kina sensacyjnego mógł się stać się każdy. Idealnym przykładem jest Uprowadzona i scena, w której postać Liama Neesona przeskakuje przez płot, do czego potrzeba było chyba przynajmniej trzech cięć. U Greengrassa dawało to poczucie niezwykłej dynamiki, u innych efekt był zazwyczaj odwrotny.

Te przemyślenia łączą się tym, co ostatnio przyszło mi do głowy w czasie przechodzenia Pragmaty, czyli nowej gry Capcomu. Jednym z jej największych bajerów jest system walki, w którym równocześnie strzelamy i korzystamy z systemu hakowania. Rozwiązanie jest świetne i daje grze bardzo interesującej mechanicznej głębi, a same potyczki czyni naprawdę ekscytującymi. Patent na tyle świetny, że już poczułem zmęczenie na myśl o tym, że przez następne dziesięć lat każda co druga AAA będzie próbowała zaimplementować u siebie coś podobnego. To jak z Arkham Asylum i tym przeklętym trybem detektywistycznym wciskanym potem wszędzie (albo łukiem z reebootu Tomb Raidera). Czasami trudno naprawdę cieszyć się jakimś nowatorskim rozwiązaniem, bo prawie na pewno zostanie niedługo zajechane do cna.

A teraz zapraszam do standardowej części newslettera.

Trailery

Street Fighter

Ten trailer zapowiada film głupi, zupełnie nietraktujący siebie poważnie oraz wypełniony fan servicem. Czyli dokładnie taki, jaka powinna być adaptacja komputerowej bijatyki. Ewidentnie nikt z tego nie próbuje zrobić niczego więcej i paradoksalnie to może zaświadczyć o jego sukcesie.

Coyote vs. Acme

Sam fakt, że ten film w końcu ujrzał światło dzienne zakrawa na mały cud. To jedna z tych produkcji, która była już gotowa, ale z powodów podatkowych Warner Bros. wolało nigdy nie pokazać jej światu. Na szczęście w końcu prawa do dystrybucji kupiło Ketchup Entertainment, więc tego lata uda się nam zobaczyć historię sądowej batalii Wilusia E. Kojota z korporacją ACME.

The Dog Stars

Jestem naiwnym człowiekiem wierzącym, że Ostatni pojedynek nie był tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę i Ridley Scott jest w stanie nakręcić jeszcze jakiś porządny film. Trailer wskazuje na raczej generyczne postapo, ale wygląda na tyle solidnie, że pozwala mi zaufać reżyserowi jeszcze ten jeden, ostatni raz.

Newsy

UOKiK dowalił srogie kary dla Live Nation

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postanowił przyjrzeć się trochę dokładniej regulaminowi koncertów organizowanych przez Live Nation. Chodziło głównie o zapisy utrudniające i komplikujące sprawę zwrotu pieniędzy za bilety na odwołane koncerty. Według prezesa UOKiK powinny być one przyznawane automatycznie. Na firmę została nałożona kara w wysokości 15,3 miliona złotych, ale decyzja nie jest na razie prawomocna. Z innych kwestii, na które zwrócił uwagę UOKiK warto wspomnieć też o niejasnym punkcie regulaminu zabraniającym wznoszenia na koncerty wszelkiego rodzaju plecaków, torebek i “bagażu”. To ostatnie było dość swobodnie interpretowane i kończyła się tak, że uczestnicy imprez musieli oddawać do depozytu np. małe nerki. Dobrze wiedzieć, że są w tym kraju instytucje, które rzeczywiście próbują choć odrobinę utrzeć nosa branżowym gigantom.

Rewelacyjna sprzedaż “Pragmaty”

Według doniesień Capcomu, w ciągu 48 godzin od swojej premiery, Pragmata sprzedała się w milionie egzemplarzy. To naprawdę dobry wynik, bo mowa tu o tytule nie podpiętym pod żadną istniejącą markę. Sukces tej gry napawa optymizmem, bo pozwala wierzyć, że gracze wciąż są zainteresowani nowymi IP, które dodatkowo skupiają się na trybie single player.

Znamy datę premiere i obsadę filmowego “Eldern Ring'“

Ekranizacja Elden Ring w reżyserii Alexa Garlanda dalej brzmi dla mnie jak efekt jakiejś dziwnej plotki, ale ten film naprawdę powstaje, o czym świadczą chociażby najświeższe doniesienia. Poznaliśmy jego planowaną datę premiery (3 marca 2028 roku) oraz obsadę, w skład której wchodzą między innymi Kit Connor, Ben Whishaw, Cailee Spaney, Tom Burke, Jonathan Pryce i Nick Offerman. Nawet jeśli wciąż jestem nieprzekonany do tego pomysłu, to jednak wysokobudżetowego fantasy powstaje na tyle mało, że cieszy mnie zapowiedź każdej produkcji tego typu.

Wyciek pełonmetrażowej animacji Anga

W zeszłym tygodniu grupa hakerska PeggleCrew wrzuciła do sieci pełnometrażową (i to w jakości HD) animację The Legend of Aang. The Last Airbender, której właściwą premierę zaplanowano na październik tego roku. To kolejny cios dla twórców, bo już wcześnie Paramount wycofał się z decyzji o kinowej premierze, planując wrzucenie animacji od razu na swój serwis streamingowy Paramount+. Z przykrością czyta się wpisy wściekłych członków ekipy filmowej, którzy muszą teraz oglądać, jak ich dzieło lata sobie swobodnie po torrentach.

Koncert Kanyego Westa w Polsce odwołany

Mający się pierwotnie odbyć dziewiętnastego czerwca, polski koncert Kanyego Westa już wcześniej budził spore kontrowersje. Na jego temat wypowiedziała się sama ministra kultury Marta Cienkowska, która na swoim koncie na Xie napisała:

"Decyzja o organizacji koncertu Kanye Westa w Polsce jest nie do przyjęcia. Mówimy o artyście, który publicznie wygłaszał antysemickie treści, relatywizował zbrodnie i zarabiał na sprzedaży koszulek ze swastyką. To nie są „kontrowersje". To świadome przekraczanie granic i normalizowanie nienawiści."

Natomiast w zeszłym tygodniu występ został oficjalnie odwołany z przyczyn “formalno-prawnych”, o czym poinformowała dyrekcja Stadionu Śląskiego, na którym Ye miał wystąpić.

“Drama” piątym najlepiej zarabiającym filmem A24

“Drama” przekroczyła sto milionów dolarów z pokazów kinowych, stając się w ten sposób piątym filmem w historii studia A24, któremu udało się to osiągnąć. Wcześniej osiągnęły to “Wielki Marty” (180 milionów dolarów), “Wszystko wszędzie naraz” (145 milionów), “Civil War” (127 milionów) oraz “Materialiści” (106 milionów). Warto zaznaczyć, że to pierwsza tegoroczna produkcja A24, która można uznać za finansowy sukces.

Odnaleziono lokalizacje domu Williama Szekspira

Profesor Lucy Munro z King’s College London w czasie podczas swoich prac w archiwum, przypadkowo natrafiła na informację o tym, gdzie dokładnie znajdował się londyński dom Williama Szekspira, rozwiązując w ten sposób zagadkę, która od lat trapiła naukowców. Wcześniej wiedziano tylko, w jakiej okolicy znajdował się budynek, a teraz znamy jego dokładną lokalizację oraz rozmiary. To odkrycie sprawia, że dotychczasowe teorie na temat londyńskiego życia dramatopisarza muszą zostać ponownie zweryfikowane, bo możliwe jest, że spędzał on tam więcej czasu niż dotychczas sądzono.

Było oglądane

Exit 8

Wydaje mi się, że sam fakt powstania tego filmu jest swoistym fenomenem, choćby ze względu na to, jak szybko powstał. To adaptacja krótkiej, niezależnej gry, która miała swoją premierę pod koniec listopada 2023 roku. Natomiast adaptacja pojawiła się już w maju 2025 roku, czyli niecałe półtora roku później. Drugą rzeczą, którą mnie zadziwia, że udało się stworzyć całkiem niezły film. Bohater uwięziony jest w zapętlonym korytarzy metra - gdy idzie na jego koniec, od razu przenosi się na początek. Kluczem do wyjścia jest zauważanie anomalii - jeśli coś się zmieniło, należy zawrócić i w ten sposób przejść dalej. Korytarzy do przejścia jest osiem, a każda pomyłka cofa go na początek rozgrywki. Dodano tu proste, ale sprawdzające się zaplecze fabularne, które sprawia, że cała sytuacja ma dla protagonisty symboliczne znaczenie. Nie ma co zdradzać za dużo, bo to film opierający się na poczucie niepewności i zaskoczenia. Zrealizowane jest to bardzo sprawnie, a twórcom udało się wytworzyć atmosferę koszmaru, jaki kryje w sobie nuda i wieczna powtarzalność. Dla fanów nietypowych horrorów (oraz każdego kto kiedyś zgubił się w tego typu przybytku) seans powinien być satysfakcjonujący. Obecnie do wypożyczenia na różnorakich serwisach VOD (ja obejrzałem na Primie).

Awantura sezon 2

Pierwszy sezon netfliksowej Awantury był jednym z moich ulubionych seriali 2023 roku. Historia przypadkowej stłuczki nakręcającej spiralę nienawiści między dwójką przypadkowych ludzi kipiała od emocji i narracyjnej energii, a przy okazji przedstawiała nietypową perspektywę azjatyckiej mniejszości zamieszkującej USA. Teraz doczekaliśmy się drugiego sezonu, z zupełnie nową historią oraz bohaterami. I niestety, choć nadal znajdziemy w niej sporo dobrego, to jednak ta emocjonalna mieszanka nie uderza tak mocno, jak miało to miejsce trzy lata temu.

Tym razem, zamiast dwójki, śledzimy losy aż czterech głównych postaci połączonych w pary. Pierwszą z nich są Josh i Lindsay, małżeństwo zarządzające luksusowym klubem golfowym dla najbogatszych. Pracują w nim także Ashley oraz Austin. Ona sprzedaje napoje na polu, a on dostaje dorywcze fuchy jako trener. Różnice między nimi widoczne są od razu - ci pierwsi opływają w luksusach i są śmiertelnie znudzeni sobą nawzajem, ci drudzy biedują, ale za to nie mogą się od siebie oderwać. Kiedy Ashley i Austin przez przypadek są świadkami olbrzymiej kłótni między swoimi szefami, nagrywają ją, aby potem użyć ich do szantażu w nadziei na poprawienie swojej sytuacji materialnej.

Jak można się domyślić, sytuacja szybko wymyka się spod kontroli i zupełnie zmienia życie wszystkich bohaterów. Początkowo całość zapowiada się jako dość standardowe “eat the rich”, w którym ci na dole są dobrze, a ci na górze zasługują na ukaranie. Jednak zaletą tego sezonu Awantury jest to, że szybko wszystko odwraca się do góry nogami. Ashley i Austin okazują się wcale nie tak idealną parą, a do tego stanowią piękną satyrę na pretensjonalne zetki. Zarówno oni, jak i Josh oraz Lindsay żyją w świecie własnych fantazji, w których wszystko jest winą kogoś innego. To jednak też nie jest tak banalne, bo świetnie ukazano tutaj rozsrastającą się sieć wzajemnych zależności, w której ktoś zawsze znajduje się pod butem kogoś wyżej. Kapitalizm przedstawiony zostaje jako system zmuszającym do ciągłej walki, nieważne czy polega ona na wspinaniu się wyżej, czy utrzymaniu obecnej pozycji. Pod tym względem to rzecz znakomita.

Problem jednak w tym, że wątków jest za dużo, przez co ten sezon Awantury miejscami rozłazi się, przez co nie uderza tak mocno jak poprzednik. Historia rozrasta się do wręcz absurdalnych rozmiarów, a tak naprawdę najlepiej działa wtedy, gdy skupia się na kameralnych konflikcie czterech osób. Świetna obsada sprawia, że długie sceny oparte głównie na dialogach ogląda się jak najlepsze filmowe adaptacje sztuk teatralnych. Zresztą dobór aktorów także wpisuje się w ducha opowieści, bo z jednej strony mamy weteranów w postaci Oscara Isaaca i Carey Mulligan, a z drugiej mniej doświadczonych Cailee Spaeny i Charlesa Meltona. Obserwowanie ich w różnorakich konfiguracjach daje sporo satysfakcji.

Choć druga Awantura czasami rozwadnia swój charakter, i za często ucieka w stronę Białego lotosu, to gdy odnajduje odpowiedni rytm, zmienia się w bezlitosną i przewrotną satyrę na niszczącą wszystko transakcyjność relacji. Wielbiciele tego rodzaju dram nadal powinni być zadowoleni, ale warto obniżyć oczekiwania, jakie można było mieć po rewelacyjnym pierwszym sezonie.

Było czytane

Riddley Walker

Już dawno lektura dość krótkiej (niecałe 300 stron) powieści nie zajęła mi tyle czasu. Jednak nie powinno to dziwić, bo mowa o książce, która w swoim założeniu stanowi nieprzystępną literacką zagadkę. Riddley Wallker przedstawia wizję świata dwa tysiące lat po upadku naszej cywilizacji. Główny bohater to nastoletni chłopak, po śmierci swojego ojca przemierzający postapokaliptyczną Anglię, gdzie natrafia na relikt dawnego świata, który czyni go wyjątkowo istotną personą. Dobra, wiem, że na sucho brzmi to bardzo generycznie, ale wszystko rozbija się tu o język. Bohaterowie książki porozumiewają się bardzo zniekształconą wersją angielskiego (w tłumaczeniu oczywiście polskiego), w zapisie przypominającą pierwsze dyktando mało oblatanego siedmiolatka. Dodajcie do tego fakt, że używają przy tym własnych nazw własnych oraz określeń, których znaczeń sami musimy się domyślić. Mieszają się tu zasady nowego świata oraz strzępki przeszłości. Lektura Riddleya Walkera zapewnia bardzo ambiwalentne przeżycia - przez kolejne strony brnie się z trudem, często w ogóle nie rozumiejąc, co właściwie się dzieje. Jednak kiedy w końcu uda się nam trafić na jakiś trop i rozszyfrować kolejne znaczenia, to satysfakcja jest olbrzymia. Budowanie historii i mitologii tego świata z różnych strzępek informacji stanowi wyjątkowe czytelnicze doświadczenie, od którego może rozboleć głowa. Trudno nie czuć podziwu dla pracy tłumacza Piotra Siemiona, który musiał język tego świata właściwie na nowo. Rzecz dla fanów ekstremalnych eksperymentów językowo-narracyjnych.

Smarkula

Lektura tego komiksu przypomniała mi, że prawie dziesięć lat (oryginalnie ukazał się w roku 2017), to w Internecie cała epoka. Bo widzicie, Lottie, główna bohaterka Smarkuli określa siebie jako blogerkę. To niby pierdoła, ale pokazuje, że mamy do czynienia z historią niby nowoczesną a jednocześnie już trochę odstającą od dzisiejszych realiów. Co z kolei paradoksalnie pasuje do docelowego grona odbiorców komiksów Bryana Lee O’Malleya, którym są milenialsi, wtedy jeszcze będący “na bieżąco”, a obecnie próbujący nadążyć nad światem dyktowanym przez zetki.

Jednak zostawmy już te dywagacje na boku i skupmy się na samym komiksie. Jego protagonistka, Lottie dla swoich fanów stanowi chodzący ideał i królową życia, która zawsze bierze to, na co ma ochotę. Jednak nikt nie wie, że to tylko ułuda, a ona sama skrywa pewien mroczny sekret w postaci silnej alergii, przez którą ciągle kicha, smarka i boryka się z zaczerwionymi oczami. Dobra, brzmi głupio i naiwnie, ale świetnie pasuje do przyjętej przez O’Malleya (tym razem tylko w roli scenarzysty) konwencji - Lottie naprawdę jest bardzo powierzchowną osobą, dla której zewnętrzny wizerunek i oddanie fanów stanowią sens egzystencji Smarkula w szydzerczy sposób przedstawia świat widziany właśnie takimi oczami.

Osobiście przypomina mi to trochę rzeczywistość z Zoolandera, tylko z szafiarkami (czy za to słowo już dostaje się legitymacje dziadersa?) zamiast supermodeli. Fabuła została do tego doprawiona elementami nadprzyrodzonymi oraz kryminalną zagadką. Działa to zaskakująco dobrze, charakterystyczny styl narracji autora Scotta Pilgrima (chociażby przedstawianie kolejnych bohaterów za sprawą różnych statystyk) świetnie łączy się z kreską Leslie Hung - gdzieś przeczytałem określenie jej stylu jako “bubblegum aesthetic” i chyba nie potrafię znaleźć w języku polskim niczego, co by lepiej do niego pasowało. Problem w tym, że nie jestem przekonany, że ten rozbudowany żart ma potencjał na wszystkie cztery tomy, które składają się na całą serię. Jednak nawet jeśli traktować Smarkule jako jednostrzał bez puenty, to i tak spełnia swoje zadanie.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu buycoffee.to Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.