- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Kusi na Newsletter #54
Kusi na Newsletter #54
Ślubne dramy i nowe Bondy
Zalew coraz dziwniejszych informacji związanych z USA i administracją Donalda Trumpa szybko przyzwyczaja nas do tego, że żyjemy w świecie wyjętym wprost z jakiejś mało subtelnej satyry. Człowiek niby powinien być już gotowy na wszystko, ale nadal pojawiają się newsy, w które trochę trudno uwierzyć. Choćby informacja o tym, że Pete Hegseth, obecny sekretarz obrony, w tym tygodniu w czasie swojej przemowy użył pochodzącego z Pulp Fiction, fałszywego cytatu z Biblii. Nie wiem nawet czemu, ale ta sytuacja wyjątkowo mocno zatrzęsła moim absurdometrem. Wspominam o tym, bo łączy się to z przemyśleniami, jakie wywołuje u mnie oglądanie piątego sezonu The Boys. Twórcy przestali się bawić w jakiekolwiek subtelności (a serial przecież nigdy z tego nie słynął) i już na pełnej odpalili analogię Homelander-Trump. Ogląda się to dziwnie, bo okazuje się, że nawet te najbardziej przegięte momenty mają mocną konkurencję w rzeczywistości. Może gdybym rok temu oglądał scenę, w której Homelander doznaje, stylizowanej na biblijne objawienie, wizji wyznaczającej go na zbawcę ludzkości, to stwierdziłbym, że to lekka przesada. Jednak przecież dosłownie kilka dni temu Trump pochwalił się wygenerowaną przez AI grafiką przedstawiającą go w roli Jezusa. Żyjemy w momencie, w którym satyra uderza głową w ścianę, bo jeden z najpotężniejszych ludzi na ziemi i tak zaraz może ją przebić. Do finału The Boys pozostało pięc tygodni i ciekawe, co wydarzy się do tego czasu w obu światach, oraz który okaże się tym bardziej przerysowanym,
A teraz zapraszam do lektury standardowej części newslettera.
Trailery
The Punisher: One More Kill
Czasami trudno mi nie kiwać głową z politowaniem nad swoją bezradnością. Ten trailer pokazuje, że w temacie Punishera od Netflixa/Disneya nikt nie pokaże nam już nic nowego, ale tak bardzo lubię Jona Bernthala jako Franka Castle’a, że i tak obejrzę ten special z uśmiechem na mordzie. Ech.
Colony
Jestem już potwornie znudzony motywem zombie w popkulturze, ale jeśli za temat ponownie zabiera się Yeon Sang-ho, czyli twórca Pociągu do Busan, to mogę na chwilę zapomnieć o tej swojej niechęci. Ten teaser nie pokazuje jakoś bardzo dużo, ale wystarczy, aby wzbudzić zainteresowanie.
Godzilla Minus Zero
Godzilla Minus One była sporym zaskoczeniem i pstryczkiem w nos w stronę Hollywood. Japończycy pokazali, że za ułamek ich budżetu potrafią zrobić widowisko, które pod kątem wizualnym zjada wiele amerykańskich blockbusterów. A przy okazji opowiedzieć angażującą emocjonalnie historię z bohaterami, którym chce się kibicować. Czy uda im się to zrobić ponownie? Mam nadzieję, że tak.
Newsy
Nowy film Pawła Pawlikowskiego w konkursie głównym Cannes

Fatherland, nowy film Pawła Pawlikowskiego, zostanie zaprezentowany w konkursie głównym na tegorocznym festiwalu w Cannes. Opowiadać będzie o podróży noblisty Tomasza Manna (Hans Zischler) i jego córki Eriki (Sandra Hüller) po zniszczonych przez wojnę Niemczech. Reżyser Idy i Zimnej wojny wraca ten sposób do swoich ulubionych tematów, czyli skomplikowanych prób odnalezienia własnej tożsamości w chaosie powojennej Europy. Jak można było się spodziewać, za zdjęcia znowu będzie odpowiadał Łukasz Żal.
Atak hakerski na Rockstar Games

Rockstar Games padło ofiarą ataku hakerskiego. Grupa ShinyHunters po włamaniu na serwery firmy zażądała dwieście tysięcy dolarów, ale nie doczekała się zapłaty, więc upubliczniła wykradzione dane. Nie ma w nich niczego spektakularnego (typu dane wrażliwe albo rzeczy związane z GTA VI), ale przynajmniej mogliśmy dowiedzieć się paru interesujących informacji związanych z GTA Online. Okazuje się, że średnie tygodniowe przychody z gry wynoszą około 9,5 miliona dolarów. I choć gra ma już kilkanaście lat, to wciąż ściąga nowych graczy, a rekord aktywnych subskrypcji padł trzy miesiące temu. Od dawna krążyły plotki, że pieniądze jakie nadal zarabia GTA V miały wpływ na decyzję o produkcji następnej części, ale teraz przynajmniej wiemy o jakiej skali mowa.
Filmowy Mario znowu leci po miliard

W niecałe dwa tygodnie od premiery (stan na 15.04) Super Mario Galaxy Film zarobił na całym świecie ponad 630 milionów dolarów, a wszystko wskazuje, że jako pierwszy film w tym roku przekroczy granicę miliarda dolarów. Dla przypomnienia, w 2023 roku pierwsza część zarobiła 1 360 650 924 dolarów, ustępując pod tym względem tylko “Barbie”. Łatwo się domyślać, że wąsaty hydraulik doczeka się jeszcze niejednej kinowej adaptacji swoich przygód.
Gwiazdy sprzeciwiają się fuzji Paramount-Warner

Nadchodzące wykupienie Warner Bros. przez Paramount Skydance słusznie budzi niepokój związany z efektem, jaki tego rozmiaru fuzja może mieć na cały amerykański przemysł rozrywkowy. Do grupy oficjalnie zaniepokojonych oficjalnie dołączyło ponad tysiąc przedstawicieli świata filmu, którzy podpisali otwarty list sprzeciwiający się połączeniu dwóch gigantów. W jednym z jego fragmentów możemy przeczytać:
Konsolidacja mediów przyspieszyła znikanie filmów średniobudżetowych, osłabiła niezależną dystrybucję, doprowadziła do załamania rynku sprzedaży międzynarodowej, ograniczyła realny udział twórców w zyskach i podkopała znaczenie autorstwa na ekranie.
Wśród podpisanych znaleźli się między innymi Kristen Stewart, Denis Villeneuve, Joaquin Phoenix, Ben Stiller, J. J. Abrams, David Fincher i Jane Fonda.
Cały list możecie przeczytać klikając w link poniżej:
Gra z Robloxa doczeka się filmu

Takie newsy sprawiają, że czuję, jak bardzo już nie nadążam za niektórymi sprawami. O Robloxie wiem głównie tyle, że istnieje i dzieciaki potrafią tworzyć tam niesamowite rzeczy. A tutaj nagle okazuje się, że jedna z najpopularniejszych tamtejszych gier, czyli 99 Nights in the Forest prawdopodobnie doczeka się swojej filmowej adaptacji. Biorąc pod uwagę, jak wielkimi hitami okazały się filmowe wersje Five Nights at Freddy’s i Minecrafta nie jest to w sumie zaskakujące i pewnie doczekamy się jeszcze niejednego projektu tego typu.
Masowe zwolnienia w disneyu

Josh D’Amaro, nowy CEO Disneya, rozpoczął swoje panowanie od masowego zwolnienia pracowników niższego szczebla, oczywiście w ramach “zwiększenia efektywności działań”. Pracę straciło około tysiąca ludzi, a największe cięcia dotknęły podobno Marvel Studios. Zlikwidowano właściwie cały visual development, czyli dział zajmujący się przygotowywanie koncepcji wizualnych na etapie preprodukcji. Jeśli zauważyliście, że w ciągu ostatnich lat coraz więcej blockbusterów wygląda szaro-buro i nijako, to nie spodziewajcie się, że w najbliższej przyszłości coś się w tej kwestii zmienia.
Było oglądane
Desperat

Pamiętacie może, kiedy Gus Van Sant zrobił ostatnio film, o którym było naprawdę głośno? Jeśli się nie mylę, to odpowiedź brzmi: w 2008 roku, kiedy do kin wszedł Obywatel Milk. A przecież mowa o reżyserze, który był naprawdę znaczącą postacią w amerykańskim kinie lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Oglądając jego najnowszy obraz, czyli Desperata, trudno nie myśleć o cieniu dawnego mistrza, który może i warsztatowo nadal daje radę, ale zdecydowanie nie potrafi już wykrzesać z siebie tej dawnej iskry.
Desperat to zaangażowany społecznie thriller, który kiedyś mógłby popełnić Sidney Lumet. I właściwie to zrobił, bo trudno nie porównywać filmu Van Santa do wciąż znakomitego Pieskiego popołudnia (w obsadzie znalazł się nawet Al Pacino). Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych, a głównym bohaterem jest zdesperowany mężczyzna, który pewnego dnia wchodzi do biura filmy pożyczkowej, aby porwać jej prezesa odpowiedzialnego za doprowadzenie go do ruiny finansowej. Sprawa szybko staje się obiektem medialnej wrzawy, a sam Tony Kiristis (bo tak się nazywa protagonista) staje się symbolem narastającej amerykańskiej frustracji.
Trzeba oddać Van Santowi, że świetnie udaje mu się wytworzyć paradokumentalną atmosferę przedstawianej historii. Zarówno jeśli chodzi o trzymanie się faktów i jej rzeczywistego przebiegu, jak i różnych bajerów narracyjnych, chociażby ujęć stylizowanych na materiały archiwalne. Jest to interesujące, ale też na swój sposób problematyczne, czego dowodem jest jeden z głównych wątków filmu, czyli fascynacja Kiristisa postacią DJa radiowego Freda Temple’a. Ich wymuszone przez porywacza rozmowy telefoniczne odbyły się naprawdę, ale w wersji fabularnej prowadzą do pewnego psującego odbiór rozwarstwienia. Desperat w ogóle traci najwięcej właśnie na tym, kiedy ucieka od skupienia się na samym Krintisie i jego ofierze.
Najlepsze są właśnie te kameralne sceny, w których możemy obserwować nietypową relację tej dwójki. To tutaj udaje się Van Santowi wyciągnąć samo gęste i stworzyć portret faceta, który został solidnie wydymany przez system i w ten sposób wyrzucony poza granicę poczytalności. Duża w tym zasługa wyśmienitej kreacji Billa Skarsgård, który ma okazję wykazać się w trochę innej roli, niż te, z jakimi jest normalnie kojarzony. Owszem, jego Kirstsis nadal odgrywany jest raczej na wysokich nutach, ale nie przykrywa to ludzkiego wymiaru tej postaci.
Desperata ogląda się całkiem dobrze, ale zabrakło tu czegoś, co sprawiłoby, aby ten film mógł jakoś mocniej zapaść w pamięć. Może to kwestia tego, że choć mamy do czynienia z opowieścią zaangażowaną społecznie, to ostatecznie nie dostajemy tu jakiejś frapującej analizy? To historia mającą w sobie chyba większy potencjał niż tylko kolejne “bogacze źli, niebogaci zdesperowani”. Amerykańskie kino mogło dostać kolejną ikonę “pęknięcia żyłki”, ale nie sądzę, aby za jakiś czas ktokolwiek o Desperacie pamiętał.
Obecnie do wypożyczenia na różnych serwisach VOD
Drama

Z Dramą mam podobny problem, co z Dream Scenario, czyli poprzednim filmem Kristoffera Borlgi. Ponownie mamy tu do czynienia z rewelacyjnym pomysłem wyjściowym, do tego przez pewien czas poprowadzonym w iście porażający sposób. I niestety ponownie tego paliwa wystarczy na jakąś godzinę filmu, ale w formie pełnego metrażu staje się ono zbytnio rozrzedzone.
Od razu ostrzegam - uważajcie na spoilery, szczególnie dotyczące tego, co tak naprawdę jest źródłem tytułowej dramy, bo muszę oddać Borgli, że uderza z naprawdę niespodziewanej strony. Wystarczy wiedzieć, że to opowieść o Charliem i Emmie - parze, która kilka dni przed swoim ślubem dowiaduje się o sobie czegoś, co zupełnie zmienia ich wzajemne postrzeganie i kładzie się cieniem na całą dotychczasową relację.
Drama sprawdza się najlepiej wtedy, kiedy skupia się ukazaniu, jak jedna informacja może zakiełkować w głowę i zmienić się w przesłaniającą wszystko obsesję. Borgla to reżyser, który wręcz z perwersyjną lubością ukazuje wszelkie możliwe sceny dyskomfortu i niemożności skomunikowania się przez bohaterów. Oglądanie, jak Emma i Charlie z najbliższych dla siebie ludzi stają się właściwie dwójką niepotrafiących rozmawiać ze sobą nieznajomych bywa naprawdę krępujące. Ogólnie jeśli ktoś ma problemy z "second hand embarrassment", to w trakcie seansu może zostać zabrany do szpitala z powodu skręcenia swoich wnętrzności.
Jednak to eksploatowanie wzajemnej niezręczności po jakimś czasie robi się wtórne oraz najzwyczajniej na świecie męczące, i to nie w ten interesujący sposób. I można to uznać za świadomą strategię twórczą, ale w tej powtarzalności brakuje jakiegoś wyraźnego pomysłu. Brakuje tu polotu w stylu Charliego Kaufmanna, co jest maskowane przesuwaniem kontrowersyjnego pomysłu (dalej ciii, pamiętajcie) niebezpiecznie blisko granicy bycia edge lordem.
To jeden z tych filmów wartych do obejrzenia dla samego aktorstwa, zwłaszcza fenomenalnego Roberta Pattinsona, który ponownie udowadnia, że jest stworzony do grania wszelkiej maści dziwaków i oblechów. Obserwowanie jak z zatapia się w kolejnych scenach ukazujących coraz żałośniejsze zachowania swojej postaci ma w sobie coś z przyglądania wyjątkowo efektownej katastrofie. Przy roli Pattinsona Zendaya wybada bladziej, ale to i tak chyba mój ulubiony jej występ, ma w sobie ten quirky urok potrzebny w tej historii. No i najważniejsze, że tworzą naprawdę wiarygodną ekranową parę.
Jestem trochę rozczarowany, ale dalej uważam, że Dramę warto obejrzeć, bo znajdziemy tu godzinę naprawdę udanego filmu. Przewrotnego, niewygodnego i pewnie boleśnie bliskiego dla każdego mającego za sobą kryzys w długoletnim związku. Do tego świetnie zagranego. I bardzo szkoda, że tego dobra nie starczyło na kolejne czterdzieści pięć minut.
PS. Polecam obejrzeć Dramę w ramach double feature z zeszłorocznym Zgiń, kochanie, gdzie Pattinson też gra połówkę rozpadającego się związku. Choćby po to, aby zobaczyć jak szeroki jest jego aktorski wachlarz.
PS2. Nie mam tak często, ale w czasie tego seansu nie mogłem nie zadawać sobie pytania "Skąd ich na to wszystko stać?". To trochę taki sen o nowojorskim życiu intelektualistów i kreatywnych duchów.
PS3. Jest tu fragment, który wchodzi do mojej topki najmniej podniecających scen łóżkowych w historii. Gdzieś tak obok tej z Joaquimem Phoenixem w Wadzie ukrytej.
Bait

Czy tak wygląda nowy James Bond?
Na właśnie takim clickbaitowym tytule oparta została fabuła Bait, czyli nowego miniserialu z Rizem Ahmedem w roli głównej. Wciela się on w aktora, który po nieudanym przesłuchaniu do roli agenta 007 (to produkcja Amazon i MGM, więc mogli sobie na to pozwolić) postanawia dać się sfotografować przy wyjściu ze studia, co daje początek plotce, która może na zawsze zmienić jego karierę.
Czuć w tej produkcji ducha Master of None czy Atlanty - także tutaj komedia o próbującym się wybić nieudaczniki łączy się z frapującym przedstawieniem członka mniejszości, który jest rozdarty pomiędzy budowaniem kariery a rodziną oraz tradycją. Spojrzenie z "wewnątrz" pozwala przewrotnie ukazać stereotypy i dodać nieoczywistą perspektywę na kwestię kulturowo-rasowe.
To tylko sześć, dość krótkich (około 25 minut każdy) odcinków, ale Bait jest wręcz przeładowane treścią. Akcja pędzi do przodu na łeb na szyję, wątków jest cała masa (choćby "muzułmański Uber", czyli projekt kuzyna głównego bohatera), absurd łączy się tu z dramatem, satyra na media z kąśliwym komentarzem społecznym, a wszystko zostało okraszone dynamicznymi dialogami. Jest tego tyle, że aż by się chciało, aby serial miał kilka odcinków więcej, bo czasami wydaje się zbytnio ślizgać po powierzchni.
Riz Ahmed świetnie odnajduje się w tej bardzo autotematycznej roli, radząc sobie zarówno ze scenami komediowymi, jak i dramatycznymi. W sumie można uwierzyć, że byłby zarówno najlepszym, jak i najgorszym Bondem na świecie. W obsadzie znaleźli się też między innymi przezabawny Guz Khan oraz Patrick Stewart, który zalicza tu może i najdziwniejszy występ w swojej karierze.
Bait pozostawia po sobie pewien niedosyt, ale fani tego rodzaju produkcji (oraz Riza Ahmeda) powinni koniecznie sprawdzić, bo te sześć odcinków ogląda się jednym ciągiem. Do obejrzenia na Prime Video.
Było czytane
Wielkie kiedy

Choć Alan Moore zakończył karierę komiksiarza prawie dekadę temu (ostatnią serią z jego scenariuszem było zakończone w 2017 roku Providence), to nie znaczy że odłożył pióro i odszedł na emeryturę. Zamiast tego przerzucił się na pisanie opowiadań i powieści. I chyba nie powinno dziwić, że jego najnowsza (oryginalnie wydaną w 2024 roku) książka należy do gatunku urban fantasy, bo czy istnieje konwencja bardziej pasującego do brytyjskiego pisarza parającego się fantastyką? Moore przenosi czytelnika do powojennego Londynu (czyli chyba najbardziej urbanfantastycznego miasta na całym świecie), gdzie śledzimy losy pewnego niezbyt ogarniętego, żyjącego na marginesie społeczeństwa osiemnastolatka, który przez przypadek odkrywa istnienie drugiej, mistycznej rzeczywistości. Można By powiedzieć: sztampa i klasyk klasyków. Połowicznie można się zgodzić, bo Moore nie ucieka od schematów tego typu opowieści. Jednak jednocześnie zabarwia ją swoim niepodrabialnym stylem i erudycją. Wielkie kiedy wykorzystuje fantastyczną otoczkę, aby przedstawić moment przejściowy, w którym cały świat rodzi się na nowo i musi zderzyć swoją przeszłość z przyszłością. Jest to też rzecz na wskroś Moorowa, w której łączą się jego sztandarowe fascynacje. Okultyzm łączy się tu ze światem wszelkiej maści uliczników, artystów i wariatów. Ta mieszanina jest okraszona bardzo ozdobnym (szczególnie w opisach tego “drugiego” Londynu) i trochę niedzisiejszym językiem. Niby nie odkrywa tu niczego nowego, ale jeśli ktoś lubi urban fantasy oraz twórczą wrażliwość Maga z Northampton, to lektura Długiego Londynu będzie dla niego nad wyraz satysfakcjonująca.
Po ucieczce z Alcatraz

To przedstawiciel rodzaju komiksów, o których chyba najtrudniej mi pisać. Ucieczka z Alcatraz, to album pod każdym względem solidny, ale jednocześnie pozbawiony jakiegoś elementu, który rzeczywiście by mnie zachwycił. Christopher Cantwell i Tyler Crook biorą tu na warsztat jedną z największych kryminalnych zagadek w historii USA, czyli tytułową ucieczkę, do której doszło w 1962 roku. Trójka zbiegów, ani ich ciała, nigdy nie została odnaleziona, a ich dalsze losy stały się paliwem dla wielu fantazyjnych toerii. Fabuła tego albumu stanowi właśnie wariację na temat jednej z możliwych wersji dalszych losów uciekinierów. Cantwell i Crook stawiają na surowy i mięsisty thriller, w którym brutalna narracja łączy się z pięknie namalowanymi planszami. Czyta się bardzo dobrze, ale raczej szybko o tej lekturze zapomnę. Polecałbym głównie fanom amerykańskich zabaw w policjantów i złodziei.

Ideo

Komiksy opowiadające o historii jakiegoś zjawiska często mają problem z ugryzieniem przedstawionego tematu tak, aby czytelnik nie czuł się, jakby oglądał zilustrowany wykład akademicki. Zazwyczaj brakuje w nich wystarczającej ilości pomysłów narracyjnych, które pomogłyby udźwignąć czytelnikowi nawał informacji i tekstu. Na szczęście Ideo, czyli nowy komiks Jacka Świdzińskiego, należy do chlubnej mniejszości. A trzeba mu oddać, że zmierzył się z tematem niełatwym do klarownego przedstawienia, czyli dziejami esperanto i jego twórcy, Ludwika Zamenhofa. Mamy tu przecież do czynienia z opowieścią, w której mieszają się historia, lingwistyka, filozofia i skomplikowane kwestie tożsamościowe. Jednak Świdziński wbija się w to wszystko z niezwykła lekkością i swoim niepodrabialnym poczuciem humoru. Dzięki wykorzystaniu imponującego opanowania komiksowego języka oddaje do rąk czytelnika album, w którym właściwie każda strona jest kolejną niespodzianką. Ideo kipi od humoru, ale jednocześnie autor ani przez chwilę nie traci z oczu kwestii przyświęcającej Zamenhofowi, utopijnej w swoich założeniach, idei porozumienia ponad podziałami. Wraz z brutalnym końcem, jaki takim marzeniom przyniósł wybuch II wojny światowej. Ten album utwierdza mnie w przekonaniu, że jeśli chcemy szukać we współczesnej polskiej literaturze godnego następcy dramaturgicznych mistrzów groteski pokroju Mrożka, Gombrowicza czy Różewicza, to jest nim właśnie Jacek Świdziński

