Kusi na Newsletter #53

Tajni agenci i koreańskie gangi.

Jak tam, udało się Wam już pozbierać boki po pierwszym kwietnia? Obecnie to jeden z najbardziej męczących dni w roku, przynajmniej w Internecie. Owszem, tu i ówdzie trafi się nawet zabawny żarcik, ale w większości przypadków czuć to zmęczenie i wymuszoną kreatywność członków wszelakich działów marketingu. Nic nowego, tak to wygląda już od dawna, więc powinniśmy przywyknąć. Jednak w dobie AI faków i wojen hybrydowych Prima Aprilis nabrało o wiele bardziej dystopinego charakteru. Proponowałbym zmianę nazwy na Światowy Dzień Dezinformacji, bo to wszystko tylko podsyca ogień w tym całym piekiełku. Ja wiem, że to w większości niewinne heheszki, ale one też dokładają swoje do szerzącego się chaosu informacyjnego. Przewrotnie, dzień dowcipasów staje się jednym z najsmutniejszych dni roku. Można z tego jednak zawsze wyciągnąć jakiś pozytyw, choćby motywację do edukacji najbliższych - weźcie czasami zobaczcie, co Wasi rodzice lub starsi członkowie rodziny wyprawiają w Internecie i po prostu wytłumaczcie im, na co powinni zwracać uwagę. To pewnie trochę bardziej męczące niż przeglądanie dowcipasów, ale na pewno pożyteczniejsze i satysfakcjonujące. Wybaczcie ten krótki, ale mroczny wstęp, ale potrzebowałem z siebie to wyrzucić. Teraz zapraszam do standardowej części newslettera.

Małe głoszenie parafialne: całkiem możliwe, że w przyszłym tygodniu nastąpi mała przerwa w nadawaniu, ze względu na skrócony tydzień pracy i parę innych rzeczy do ogarnięcie. Jednak nie bójcie się, potem wracam do regularnego wysyłania newsletterów.

Trailery

The End of the Oak Street

No dobra, fabuła oparta o pomysł z przeniesieniem jednej ulicy amerykańskich przedmieść do świata, w którym wciąż żyją dinozaury brzmi jak coś z dna kreatywnego garnka M. Nighta Shyamalana. Jednak jeśli stoi za tym facet od Coś za mna chodzi i Tajemnic Silver Lake, to jestem w stanie uwierzyć, że efekt końcowy będzie co najmniej intrygujący.

Przylądek strachu

Wystarczyło dziesięć sekund tego trailera, aby zrozumieć, że Javier Bardem wciela się tu w zło wcielone. Serio, jakby sam Szatan wyszedł z Piekła, aby zgładzić ludzkość i zobaczył tę uśmiechniętą mordę, to by grzecznie wrócił do domu chlipiąc po drodze jak mała dziewczynka. Zapowiada się piękny pokaz aktorskiej jazdy bez trzymanki.

Newsy

“Projekt Hail Mary” podbija Box Office

Projekt Hail Mary zarobił jak na razie ponad 334 miliony dolarów, co czyni go najbardziej dochodową amerykańską premierą tego roku. Ta sytuacja zaraz się zmieni, bo palmę pierwszeństwa z pewnością przejmie Super Mario Galaxy. Movie, ale jak na film, który nie jest sequelem/remakiem to i tak imponujący wynik. Człowiek chciałby mieć nadzieję, że to znak dla wytwórni (podobnie jak rok temu Grzesznicy), że widzowie mają ochotę oglądać rzeczy nowe i świeże, ale to raczej naiwna wizja. Zresztą sukces filmu sprawił, że już trwają rozmowy nad kontynuacją, więc spokojnie, prędzej czy później ten tytuł też zostanie przeruchany i będziemy nim rzygać.

Meta i Google skazane za celowe uzależniane użytkowników

W zeszłym tygodniu w Los Angeles skończył się przełomowy proces. Dwudziestoletnia kobieta pozwała Google i Metę za to, że jako nastolatka uzależniła się od ich serwisów, co było efektem świadomych działań projektantów. Ława przysięgłych przyznała jej słuszność, na skutek czego wspomiane firmy mają wypłacić poszkodowanej 3 miliony dolarów zadośćuczynienia. Brzmi to pozornie jak kolejna historia typu “dziwne odszkodowania wyciągane w USA”, ale sprawa może mieć daleko sięgające konsekwencje. bo owstał precedens otwierający furtkę do kolejnych pozwów tego typu. Twórcy cyfrowej dystopii raczej od tego nie padną (te kilka milionów to dla nich pierdnięcie), ale zawsze dobrze przeczytać, że nie są aż tak nietykalni, jak powszechnie może się wydawać.

Plotki o budżecie GTA VI

2.1 miliarda dolarów — tyle według ostatnich doniesień Rockstar wydało od 2019 roku na pensje pracowników zatrudnionych przy produkcji GTA VI. Źródłem jest oficjalny rządowy dokument. Suma jest zawrotna, ale analitycy twierdzą, że koszt całego projektu mógł już przekroczyć 3 miliardy dolarów. Dla porównania budżet nadchodzącego Avengers: Doomsday szacowany jest na “zaledwie” miliard dolarów. Pewnie można znaleźć dużo więcej robiących wrażenie porównań, ale i tak chyba nie pomogłoby to w ogarnięciu, z jak rozbudowaną produkcją mamy tu do czynienia.

Netflix i Filmoteka Narodowa biorą się za konserwacje polskich filmów

W tym tygodniu Filmoteka Narodowa Instytut Audiowizualny ogłosiła rozpoczęcie współpracy z Netfliksem. Jej celem ma być ochrona i konserwacja taśm filmowych z najważniejszymi dziełami polskiego kina. W ramach projektu ochroną mają zostać objęte chociażby takie obrazy jak Mocny człowiek, Znachor (ten z 1937 roku), Przygoda na Mariensztacie czy Prawo i pieść. Na stronie FIMA możemy przeczytać

“W świecie natychmiastowej dostępności i pozornej trwałości zapisu cyfrowego łatwo ulec złudzeniu, że digitalizacja oznacza pełne zachowanie dziedzictwa filmowego. Tymczasem taśmy filmowe pozostają nie tylko nośnikami treści, ale także nieocenionym źródłem wiedzy o historii, estetyce i technologii kina. Znaczna ich część, zwłaszcza barwne taśmy z octanu celulozy, czy łatwopalne taśmy nitro, znajdują się dziś w zaawansowanym stadium degradacji. W Polsce nadal brakuje infrastruktury, która pozwalałaby prowadzić ich pogłębioną analizę na poziomie porównywalnym z najlepszymi praktykami międzynarodowymi. Nasz program odpowiada na tę lukę, proponując interdyscyplinarne podejście integrujące konserwację dzieł sztuki, chemię materiałową i badania nad techniką filmową.”

Nie pozostaje nic innego, tylko przyklasnąć takim inicjatywom i cieszyć się z tego, że film traktowany jest jako niepodważalny element polskiego dziedzictwa kulturowego.

Robot Olaf “umarł” w paryskim Disneylandzie

To chyba najzabawniejsza rzecz, jaką zobaczę w tym miesiącu. Otóż kilka dni temu w Disneylandach pojawiła się nowa atrakcja, w postaci sterowanej przez AI robotycznej wersji Olafa z Krainy Lodu. Szczególnie efektowna okazała się premiera w Paryżu, bo w czasie swojego pierwszego dnia "pracy" robot nagle wyłączył się i przewrócił na plecy, po czym został zabrany przez obsługę parku. Moim ulubionym szczegółem jest chyba ta efektownie odpadająca marchewka.

Ploteczki o wcześniejszej premierze “Avengers: Doomsday”

To żadne potwierdzone info, ale od kilku dni po necie coraz intensywniej krążą plotki, że jednak możemy nie doczekać się równoległej premiery Avengers: Doomsday i trzeciej części Diuny. Podobno Marvel ma przesunąć swój film o tydzień wcześniej. Kina pewnie na tym zyskają, ale szkoda trochę, że może nas ominąć starcie tak olbrzymich blockbusterów.

Kultura Gniewu zapowiada mangowy imprint

Pierwszego kwietnia na swoim facebookowym profilu wydawnictwo Kultura Gniewu ogłosiło start Kawaii Gajin, czyli imprintu, w ramach którego będzie wydawać mangi tworzone przez polskich autorów (tzw. pangi). Zważając na datę, większość wzięła tę informację za żart, Dzień później okazało się, że co prawda nazwa imprintu oraz określenie pangi to dowcip, ale sam pomysł naprawdę doczeka się realizacji. Z wielką ciekawością czekam na pierwsze owoce tej inicjatywy.

Było oglądane

Tajny agent

Parę lat temu ArtRage wydało u nas znakomitą Strefę mroku Nony Fernández. Autorka sięgała w niej po historie ofiar reżimu Pinocheta korzystając przy tym z licznych nawiązań do popkultury i przede wszystkim kultowego serialu Roda Sterlinga. W ten sposób Chile połowy lat 80 stało się krainą istniejącą na skraju dwóch rzeczywistości - tej, w której da się żyć w miarę "normalnie" oraz tej pozornie niewidzialnej, zmieniającej życie pechowców w horror.

Wspominam książkę Fernández, bo w Tajnym agencie Kleber Mendonça Filho coś podobnego robi z Brazylią lat siedemdziesiątych. Bohaterowie filmu także funkcjonują w dwóch przenikających się światach, choć większość z nich stara się tego nie zauważać. Tę dychotomię widać już w otwierającej scenie, w której grany przez (rewelacyjnego) Wegnera Moure bohater zajeżdża na przydrożną stację benzynową, przy której leży przykryte kartonem ciało. Lakoniczna opowieść pracownika stacji o tym, że to leżące od kilku dni zwłoki należą do niedoszłego złodzieja budzi u protagonisty zdziwienie wynikające ze słuchania opowieści kogoś, kto nie chce zauważyć, że coś jest bardzo nie tak. Od tego momentu wiemy, że należy on do osób, które nie są w stanie pozostać ślepe.

Akcja Tajnego agenta rozgrywa się głównie w tej drugiej, mrocznej rzeczywistości. Choć życie na ulicach miasta zdaje się toczyć jak najnormalniejszym rytmem, to my obserwujemy losy ludzi, którzy zostali wciągnięty przez ten równoległy świat i nie mają już szans na powrót. Są wśród nich postaci takie jak główny bohater - uchodźcy (choć wciąż żyją w tym samym kraju), którzy podpadli niewłaściwym osobom i musieli porzucić swoje dotychczasowe życia. Jednak o wiele częściej możemy tam znaleźć demony i mary w postaci skorumpowanych policjantów, płatnych morderców czy tych wykorzystujących władzę do własnych interesów.

Celowo nie wspominam kim właściwie jest tajemniczy protagonista, bo Filho odsłania jego dzieje bardzo powoli, fenomenalnie dawkując napięcie. Romansuje przy tym z wieloma rodzajami gatunków (kino szpiegowskie, thriller, kryminał czy nawet horror), ale jednocześnie tworzy dzieło bardzo autorskie i osadzone w lokalnym kontekście. Jeśli jednak ktoś spodziewa się wartkiej akcji, to będzie raczej srogo rozczarowany, bo narracja jest tu przez większość czasu powolna, wręcz ospała.

Jest to też obraz na wskroś kinofilski. I nie chodzi tu o liczne stylistyczne nawiązania, czy fakt, że istotnym elementem fabuły są tu Szczęki Spielberga. Filho sięga w swojej miłości dalej. Tajny agent to dziecko twórcy, który wierzy w społeczną moc kina jako nośnika pamięci, ale także jako sposób na zmierzenie się z narodowymi koszmarami i sposób na poradzenie sobie z traumami. To sposób na wyciągnięcie na światło dzienne historii tych, którzy doczekali się co najwyżej wzmianki w jakiejś gazecie. Opowieść daje możliwość przedłużenia życia tym, którym brutalnie je odebrano. A atrakcyjna forma narracji to tylko sposób na to, aby ich dziejami mogło się zainteresować jak najwięcej osób. 

Jeden seans to zdecydowanie za mało, aby w pełni odnaleźć się w znaczeniowym gąszczu Tajnego agenta, bo to dzieło zachęcające do odczytywania na całą masę sposobów. Na razie mogę stwierdzić, że film Filho powinien być wzorem tego, jak można opowiadać o trudnej historii swojego kraju, bo rana nie jest tu otwarta tylko dla samego otwarcia, ale po to, aby w końcu mogła się zasklepić tak jak trzeba.

Zło absolutne

W ramach poszerzania horyzontów postanowiłem obejrzeć swoją pierwszą w życiu koreańską dramę. Padło na Zło absolutne (dostępne na Disney+) no i muszę przyznać, że siadło jak złoto.

Fabuła jest oparta o klasyczny motyw, policjanta który pod przykrywką dostaje się do gangu, aby rozpracować go od środka, ale dość szybko zaczyna przekraczać moralne granice. Motyw ogrywany wielokrotnie, ale sprawdzający się znakomicie. I teraz
zaskoczenie: niby wiedziałem, że te seriale mają swoją specyfikę i idą w wątki godne telenoweli (okazuje się, że żona policjanta w czasach licealnych była sympatią mafijnego szefa bohatera), ale nie spodziewałem się, że zostanie to zestawione z naprawdę hardcorową przemocą.

Serio, nie wiem, czy to nie jeden z najbrutalniejszych seriali, jakie miałem okazję oglądać. Wydawało mi się, że z tych klimatów to Gangi Londynu są szczytem dosadności w ukazaniu srogich napieprzanek, ale Zło absolutne zostawia serial Garetha Evansa w tyle. Oglądanie jak w jednej scenie główny bohater wspomina (ukazane w bardzo romantyczny sposób) sceny swojego ślubu, aby zaraz potem wziąć udział w masowej rzezi na siekiery i metalowe kije, jest doświadczeniem samym w sobie.

Jednak nie jest też tak, że to tylko kwestia fascynacji zderzenia się z produkcją z innego kręgu kulturowego, bo przy tym wszystkim to też bardzo solidny przedstawiciel swojego gatunku. Jest tu wszystko, czego należy oczekiwać od senacyjniaka tego typu. Intryga jest odpowiednio zawiła, a do tego dostajemy skomplikowany romans i często oszałamiające w swoim rozmachu sceny walk.

Jeśli w innych swoich serialach Koreańczycy też tak mocno nie pie**olą się w tańcu, to chyba zostanę ich fanem.

Oni Cię zabiją

Bardzo lubię Zazie Beetz i nigdy nie pogardzę slasherem typu “eat the rich”, więc ten film oglądało mi się całkiem spoko, ale nie da się nie zauważyć, że został sklejony mocno na ślinę. Pomysł wyjściowy wygląda tak: bohaterka zatrudnia się jako pokojówka w luksusowym hotelu, aby odnaleźć ślad po zagubionej siostrze. Na miejscu okazuje się, że goście przybytku są nieśmiertelni, a protagonistka ma zostać poświęcona w ramach przedłużenia ich paktu z Szatanem. Stanowi to pretekst do półtorej godziny łaźni tak krwawej, że przez aż komicznej. Oglądanie wkurwionej i utaplanej w krwi Beetz jest atrakcją samą w sobie, pomysłowości na kolejne sceny groteskowej przemocy też nie nie można twórcom odmówić, ale jednocześnie czuć tu bardzo niewykorzystany potencjał. Jak ktoś lubi tego typu rozrywkę, to będzie przyjemnie spędzi te półtorej godziny, ale zamiast wycieczki do kina można spokojnie poczekać na rychłą premierę na którymś ze streamingów.

Było czytane

Dungeon Crawler Carl

Możliwe, że to jedna z najważniejszych premier związanych z fantastyką w tym roku. Już sama historia powstania tej serii jest mocno nietypowa. Przed wybuchem pandemii jej autor zajmował się rysowaniem rasowych kotów i ich właścicieli na wszelkiej maści rasowych wystawach. W międzyczasie publikował w sieci fragmenty swojej książki. Kiedy uderzył covid, znalazł się bez pracy, więc postanowił wziąć się za pisanie na pełen etat i opublikować pierwszy tom w ramach self-publishingu. Ta od błyskawicznie zdobyła gigantyczną popularność, a do tego momentu ukazało się już siedem tomów serii (ósmy wychodzi w maju).

Czym właściwie jest Dungeon Crawler Carl? To historia tytułowego bohatera, który jako jeden z nielicznych przeżywa zagładę ludzkości i wraz z kotką o imieniu Królewna Pączuć wchodzi do wypełnionych potworami podziemi w ten sposób stająć się uczestnikiem galaktycznego reality show. Jego uczestniczy muszą przechodzić kolejne poziomy zabójczego labiryntu, zdobywając przy tym kolejne umiejętności oraz magiczne przedmioty.

Brzmi jak pomysł na krótki żart, ale autor podchodzi do sprawy naprawdę poważnie - tworzy szczegółowe zasady gry, wymyśla pomysłowych przeciwników, rzuca bohaterów w kolejne groteskowe sytuacje, a do tego opisuje to wszystko w niezwykle wciągający i zabawny sposób. Obawiałem się, że ta konwencja znudzi mi się w połowie, ale po ponad 500 stronach chcę tylko więcej. Owszem, niektóre dowcipy są trochę powtarzalne, ale czyta się to znakomicie. Jednym z powodów jest fakt, że Dinnimam z każdym rozdziałem rozbudowuje świat przedstawiony i odsłania kulisy wielkiej korporacyjno-politycznej rozgrywki. Książka ma w sobie też buntowniczy sznyt i sporo w niej zgryźliwej satyry na współczesne medię i rozrywkę, więc tym bardziej chce się bohaterowi kibicować.

Obawiałem się, że ta konwencja znudzi mi się w połowie, ale po ponad 500 stronach chcę tylko więcej. Chyba zostałem fanem Carla i Królewny Pączuś i bardzo chce się dowiedzieć, co spotka ich na kolejnych poziomach.

PS. Książka jest PRZEPIĘKNIE wydana. Zazwyczaj nie przepadam za barwionymi brzegami, ale tutaj pasują one idealnie. Wciąż nie mogę się napatrzeć na to, jak wyśmienicie została zaprojektowana.

Było grane

Resident Evil: Requeim

Skończyłem najnowszą odsłonę najbardziej znanej serii gier o zombie i kurde, mam mocno mieszane uczucia. Dawno nie grałem w grę, która tak bardzo mieszałaby fragmenty wręcz wybitne z takimi wzbudzającymi co najwyżej "meh".

Początek jest rewelacyjny i oparty na prostym, ale wyśmienicie zaimplementowanym pomyśle. W pierwszym akcie gry naprzemiennie śledzimy poczynania dwójki bohaterów: debiutującej w serii, analityczki FBI Grace Ashcroft oraz doskonale znanemu Leonowi S. Kennedy'emu. Dwie grywalne postaci to w "Resident Evil" nic nowego, ale tutaj mamy do czynienia z tak naprawdę różnymi grami.

Grace sterujemy z pierwszej perspektywy, a jej rozgrywka to survival horror najczystszej próby - każdy jeden zombiak stanowi zagrożenie, więc poczucie osaczenia jest wszechobecne. To młoda agentka musi borykać się z rozwiązywaniem zagadek i bieganiem po korytarzach w poszukiwaniu kolejnych kluczy. Oraz kląć na zdecydowanie za małą pojemność swojego plecaka.

Z kolei fragmenty Leona to akcyjniak TPP, w którym to nasza postać jest zagrożeniem, a zombiaki padają masowo. Nie musimy przejmować się zbytnim możdżeniem ani brakami ekwipunku, po prostu naparzamy. Działa to świetnie, zwłaszcza, że początkowo fragmenty Grace są o wiele krótsze, a Leonem gramy raczej w ramach odstresowującego przerywnika. Niestety do pewnego momentu.

Zanim przejdę do narzekań, to trochę pozachwycam się tym, jak bardzo klimatyczne jest kilka pierwszych godzin gry, zwłaszcza z perspektywy Grace. Główna lokacja jest świetnie zaprojektowana, a chodzące po niej maszkary różnorodne i pomysłowe - to członkowie obsług i goście przybytku, patrząc tylko na nich jesteśmy w stanie opowiedzieć sobie historię ich przemiany. Oczywiście jest też WIELKI NIEZABIJALNY POTWÓR, który przyspiesza bicie serca za każdym razem, gdy się pojawi. Byłem też zaskoczony, jak ta gra jest harda pod względem brutalności - kilka rozwiązań mogłoby się spokojnie znaleźć w jakimś klasyku gore.

Niestety, po tych kilku wspaniałych godzinach, nadchodzi bardzo taki se akt drugi, w którym sterujemy tylko Leonem. Chłop trafia do ruin Racoon City i nagle można poczuć się, jakbyśmy przenieśli się dwie generacje konsol wstecz. Zamiast świetnie zaprojektowanych pomieszczeń dostajemy szarobure ruiny, po których przechadzają się identycznie wyglądający zombie. Nagle znika cały misternie budowany klimat i zastępuje go nijaka strzelanka. Nawet bossowie w tym segmencie są bardzo leniwie wymyśleni, bo walczymy z gigantycznym pająkiem i zmutowaną rośliną. No fajnie. Na szczęście finałowe parę godzin to ponownie powrót do formuły z aktu pierwszego, ale jednak niesmak pozostaje.

Ta gra to olbrzymi list miłosny do historii całej serii, więc pewnie i ten mało porywający fragment miał się do niej odnosić, no ale akurat pod tym względem nie pykło. Możliwe, że patrzę na to wszystko z innej perspektywy niż hardcorowi fani śledzący rozwój serii od samych jej początków. Grałem tylko w kilka częsci, lubię to uniwersum, ale nie jestem z nim jakoś wyjątkowo związany emocjonalnie. Domyślam się, że członkowie tej bardziej zaangazowanej grupy znajdą tu dla siebie o wiele więcej.

Jeśli całość gry byłoby takie jak pierwsze kilka godzin a potem finał, to mielibyśmy do czynienia z grą wybitną, wirtualnym dziełem sztuki. Niestety bardzo nijaki środek psuje to wrażenie - jednak nawet biorąc pod uwagę ten czasowy spadek formy, to Resident Evil: Requiem nadal pozostaje godnym przedstawicielem tej zasłużonej dla branży gier serii oraz zapiskiem długiej drogii, jaką ta przeszła od czasów, kiedy Chris Redfield i Jill Valentine po raz pierwszy przekroczyli próg pewnej posiadłości.

Tekst na podstawie egzemplarza recenzenckiego otrzymanego od wydawcy.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu buycoffee.to Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.