Kusi na Newsletter #50

Wkrzeszone pary i potwory spod łóżka

Wow, pięćdziesiąta odsłona newslettera, to brzmi dumnie. Przyznam się, że znając moje tendencje do zaczynania i porzucania różnych inicjatyw, sam nie do końca wierzyłem, że będę w tym tak konsekwentny. Miło czasami zaskoczyć samego siebie. Wasze grono nie jest wciaż jakoś porażająco duże, ale dostaje sygnały, że dla części Was mój newsletter stał się już stałym elementem tygodnia, dobrą odskocznią od świata social mediów. Chciałbym podziękować każdemu, komu chciało się napisać jakieś ciepłe słowa lub pochwalić przy okazji spotkania na żywo. Pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak taki pozytywny feedback może wpłynnąć motywacyjnie na działania w świecie, w którym ciągle trzeba zadawać sobie pytanie “czy to w ogóle kogoś obchodzi?”.

Korzystając z tej jakże przyjemnej okazji, pozwolę sobie wskazać dwie proste metody, które mogą mi pomóc rozwijać ten newsletter i dalej wysyłać go do Was co tydzień:

1) Poczta pantoflowa - jeśli macie w otoczeniu kogoś, kto według Was mógłby się zainteresować i polubić ten mój internetowy tygodnik, to szepnijcie dobre słówko, a nuż się skusi. Docieranie do nowych czytelników wcale nie jest takie łatwe, więc każda polecajka jest na wagę złota 🙂 

2) Kawka na Buy Coffe - tutaj do gry wchodzi najprostsze równanie świata: pieniądze=więcej czasu, który mogę poświęcić na tego typu działalność zamiast innego typu zleceń. Brutalne, ale prawdziwe. I serio, nawet najtańsza opcja (7 zł) wsparcia wysłana raz na kilka tygodni kumulatywnie może dać naprawdę odczuwalny efekt.

No dobra, to teraz zapraszam do lektury części właściwej tegotygodniowego wydania.

Trailery

Cosmo Princess

Z tym trailerem wiąże się piękna historia. Jego autor, Quentin Rigaux tworzył sobie go w wolnym czasie (choć normalnie pracuje w animacji) jako swój passion project, który kiedyś chciałby zrealizować. Wrzucił go YT, a ten po jakimś czasie został obejrzany przez Ron Dyensa (producenta Flow), który tak się nim zachwycił, że zaproponował twórcy współpracę nad pełną wersją. Obejrzyjcie koniecznie i dajcie się ponieść tej ziarnistej stylistyce mistycznego science-fiction rodem z lat 70.

Kindred Spirits

Ach, ten kojący styl filmów od Cartoon Saloon. Wystarczy sam trailer, abym poczuł się lepiej w zalewie całego cyfrowego hałasu. Jak zwykle zapowiada się piękne i poetyckie połączenie irlandzkiej historii oraz fantastyki. Szkoda tylko, że trzeba czekać jeszcze ponad dwa lata.

Newsy

Timothée Chalamet sobie przeskrobał

Timothée Chalamet w wywiadach często jawi się jako arogancki bubek, ale teraz wkurzył chyba kilka osób za dużo. W czasie spotkania na Universitety of Texas wypowiedział się krytycznie na temat opery i baletu, jako sztuk, które nikogo już nie obchodzą.

“I don’t want to be working in ballet, or opera, or things where it’s like, ‘Hey, keep this thing alive, even though like no one cares about this anymore. All respect to all the ballet and opera people out there.”

Okazuje się, że przejmujących się jest jednak chyba trochę więcej niż Chalamet mógł się spodziewać, bo jego słowa spotkały się z masową krytyką ze strony różnych artystów i instytucji kulturalnych. Jest to interesujące w kontekście trwającego wyścigu oscarowego, bo tego typu zagrania na ostatniej prostej można uznać za co najmniej ryzykowne. Pewnie nie wpłynie to na wyniki Oscarów, ale nigdy nie wiadomo.

Fakowe zdjęcie ze ślubu Zendai i Toma Hollanda podbija Internet

Niedawno, za sprawą rozprucia się stylisty aktorki, w świat poszła fama, że Zendaya i Tom Holland potajemnie wzięli ślub. Niedługo potem sieć zalały wygenerowane przez AI zdjęcia wyciągnięty z rzekomej ceremonii. Pokazywały zarówno samą ceremonię, jak i imprezę, na której bawili się między innymi Robert Downey Jr. i Jake Gyllenhaal. Niektóre z nich wyglądały niepokojąco wiarygodne, inne śmierdziały fałszem na kilometr. Nie pisałbym pewnie o tym, gdyby nie to, że te “fotki” zaczęły zdobywać oszałamiające zainteresowanie. Na samym Instagramie “zdjęcia” zebrały sumarycznie ponad jedenaście milionów w zaledwie pięć dni, stając się w ten sposób jednymi z najpopularniejszych w tym roku. Raczej nie napawa mnie to optymizmem, bo raczej będzie już tylko gorzej.

Premiera “Slay the Spire 2” rozbija bank

Mamy kolejny dowód na to, że gry indie potrafią przyćmić swoimi wynikami pozycje od największych wydawców. W zeszłym tygodniu na Steamie pojawiło się Slay the Spire II, czyli kontynuacja jednej z najbardziej uzależniających growych heroin w historii. I choć mowa dopiero o wersji early acces, to gracze się na nią rzucili, co początkowo przeciążyło sprzedażowe serwery Steama (sytuacja podobna jak przy zeszłorocznej premierze Silksong). Jeśli chodzi o skalę popularności - artykuły z 9 marca wskazują, że według wstępnych szacunków gra sprzedała się w liczbie ponad 2 800 000 milionów kopii, a w rekordowym momencie grało w nią 574,638 graczy jednocześnie. Imponujące wyniki, a pewnie będzie tylko lepiej.

Arnie zapowiada “Króla Conana”

Jak donosi Hollywood Reporter, Arnold Schwarzenegger potwierdził, że trwają przygotowania do trzeciej części Conana barbarzyńcy. Za scenariusz i reżyserię ma odpowiadać Christopher Mcquarrie (odpowiedzialny za cztery ostatnie części Mission: Impossible), co daje nadzieje na coś więcej niż tylko nostalgiczny trip. O Królu Conanie sam Arnie mówi tak:

“It’s a great story where Conan was 40 years king [as] king and he gets complacent, and now he gets forced out of the kingdom, slowly. Then there’s conflict, of course, and then he somehow comes back, and then there’s all kinds of madness and violence and magic and creatures."

Osobiście brakuje mi we współczesnym kinie klasycznego fantasy z mieczami, skąpymi strojami i mieczami, więc będę czekał. Czego nie mogę powiedzieć o innych zapowiedzianych przez Scharzeneggera projektach, czyli jego powrotcie do uniwersum Predatora oraz kontynuacji Commando.

Ruszyła zbiórka na komiksowe wydanie “Fandomiarzy”

Marta Cieślak, tworząca pod szyldem Makowe arty, od jakiegoś czasu zdobywa popularność na Instagramie i Tik Toku dzięki swoim animowanym skrótom z nerdowskimi newsami oraz kolejnymi odcinkami Fandomiarzy, czyli kreskówkowej satyry na wiadome środowisko. Teraz postanowiła pójść o krok dalej i wydać komiks z tworzonymi przez siebie postaciami. W tym celu założyła zbiórkę na Kickstarterze (swoją drogą, zauważyliście że wspieramto gryzi już piach?). Zachęcam do kliknięcia w link poniżej. bo nikt Wam nie wytłumaczy o co dokładnie chodzi lepiej niż sama autorka.

Wojtek Smarzowski kręci aż dwa filmy o historii Słowian

Swadźba i Chrzest - tak brzmią robocze tytuły dwóch filmów, w których Wojtek Smarzowski przedstawi historię Słowian z czasów Mieszka I. Reżyser zapowiada, że ma w zamiar połączyć w nich opowieść o budowaniu polskiej państwowości, awanturniczą przygodę oraz przedstawienie obyczajów, oraz wierzeń dawnych Słowian. Co ciekawe, oba tytuły mają trafić do kin tego samego dnia. Polskiemu kinu przydałoby się widowisko kostiumowego z prawdziwego zdarzenia, a Smarzowski jest gwarantem na to, że otrzymamy coś niebanalnego. Jestem bardzo ciekaw, co z tego ostatecznie wyniknie.

Ben Stiller prosi o usunięcie fragmentów “Jaj w tropikach” z trumpowskiej propagandy

Trumpowska machina propagandowa nie przestaje zaskakiwać, przekraczając kolejne granice obrzydlistwa, a wojna z Iranem tylko zwiększa skalę. Przykładem mogą być nagrania, w których nagrania uderzeń dronów są zestawione z fragmentami hollywoodzkich hitów taki jak Top Gun, Breaveheart czy Jaja w tropikach. Ben Stiller głośno wyraził swój sprzeciw przeciwko używaniu jego dzieła w tak bezczelny sposób, postując na Xie.

Hey White House, please remove the Tropic Thunder clip. We never gave you permission and have no interest in being a part of your propaganda machine. War is not a movie.

No dobra, możliwe że sprzeciw skończy się tylko na tym, ale groteska związana z użyciem takiego filmu w takim kontekście przekracza dla mnie granicę absurdu i musiałem się tym podzielić.

Było oglądane

Panna Młoda!

Tworząc Pannę Młodą! Maggie Gyllenhaal chyba przesadziła z symbolicznym podejściem do tematu, bo jej film przypomina eksperyment doktora Frankensteina, który postanowił swojemu monstrum dołożyć kilka bonusowych kończyn. Obserwowanie jak ten twór porusza się w bólach przez pewien czas jest interesujące, ale potem człowiek ma już tylko ochotę zadać mu cios łaski, aby pokraka się dalej nie męczyła.

Trudno wręcz zliczyć ile filmów Gyllenhaal próbuje zmieścić w tych dwóch godzinach. Bazą jest tu wariacja na temat Bonnie i Clyde'a, w której to Frankenstein (piszę to dla ułatwienia) i jego Narzeczona wdają się w szalony romans poza granicami prawa. Jest to także list miłosny do starego kina oraz magii wielkiego ekranu. Dostajemy też horror gotycki, bo narratorką jest duch Mary Shelley gnieżdżący się w umyśle głównej bohaterki. Dołóżcie do tego historię o zemście stanowiącej iskrę emancypacyjnego buntu. I jeszcze opowieść detektywistyczną. Sporo, a wcale nie wyczerpałem tej listy.

Normalnie uwielbiam tak przeładowane i jadące po bandzie filmy, ale warunek jest jeden: muszę odnieść wrażenie, że ktoś nad tym wszystkim jednak panuje, a w trakcie tego seansu zdecydowanie tak nie było. Bajzel gatunkowy da się zmieszać tak, aby tworzył unikalną tożsamość filmu. Panna Młoda! takiej tożsamości nie posiada, bo wchodzące w jej skład elementy pojawiają się i znikają, jakby ktoś przełączał kreatywny pstryczek. Łatwo się w tym pogubić.

Do tego mamy do czynienia z obrazem koszmarnie krzykliwym. Ten zawarty w tytule wykrzyknik świetnie oddaje jego charakter. Tu wszystko jest bardzo, bardzo intensywne. I mogę zrozumieć, że Gyllenhaal chciała zmienić swój film we wrzask wściekłości nakłaniający do obalenia porządku i wzięcia sprawy w swoje ręce. Tylko w ten sposób zdaje się uzyskiwać efekt odwrotny do zamierzonego. Kwintesencją jest dla mnie scena, w której główna bohaterka wykrzykuje kilkukrotnie "Me too! Me too!". Jest to scena tak nieporadna, że według mnie wręcz szkodliwa dla feministycznego wydźwięku fabuły, bo łatwo ją obrać za cel złośliwej szydery.

Aktorsko też jest różnie. Odgrywająca główną rolę Jessie Buckley bywa wspaniała, ale nawet jej szerokie rejestry nie zawsze są w stanie sprostać aż tak przerysowanej postaci. Jednak i tak radzi sobie z tym zadaniem lepiej niż Christian Bale, który ewidentnie nie może się odnaleźć w tej konwencji, przez co jego występowi czasem bliżej do skeczu wyciągniętego prosto z SNL.

Jak wspomniałem we wstępie - początkowo te wszystkie wady można odbierać jako efekt pozbawionej hamulców ekspresji i świadomej strategii twórczej. I przyznam, że przez jakieś pierwsze 45 minut dałem się temu odczuciu uwieść. Potem jednak czar pryska i zostaje poczucie zmęczenia fabularnym i gatunkowym bałaganem.

Kraina mroku

Na różnorakich serwisach VOD można już wypożyczyć Dust Bunny, który u nas funkcjonuje pod o wiele bardziej nijakim tytułem Kraina Mroku. To mocno odjechana wariacja na temat Leona zawodowca, w której pewna dziewczynka wynajmuje swojego sąsiada, zawodowego zabójce, aby dorwał tytułowego potwora spod łóżka, bo ten porwał jej rodziców. Sam zabijaka nie wierzy w nadnaturalne stwory i uważa, że dziecko w ten sposób radzi sobie z przerażającym wydarzeniem, ale sprawa szybko przestaje być oczywista. To film operujący bardzo wyrazistą, baśniowo-mroczną, estetyką przywodzącą na myśl Krainę traw czy obrazy Jeana-Pierre'a Jauneta. Bryan Fuller, reżyser i scenarzysta, pracował wcześniej z Madsem Mikkelsenem przy Hannibalu (jako showrunner) i doskonale wie, jak wykorzystać jego ekranową charyzmę i urok. Scenografia i kostiumy (ciuszki Madsa są genialne) bawią radosnym rozpasaniem, choć komputerowe efekty czasami rażą sztusznością. Nietypowy feel-good o mierzeniu się z dziecięcymi traumami i lękami.

Paradise

Mam pewną przypadłość, którą roboczo nazywam syndromem fana Zagubionych - jestem bardzo podatny na dobrze zrealizowane seriale oparte na mocnym pomyśle wyjściowym i karmiące widza ciągłymi zwrotami akcji w stylu staroszkolnych cliffhangerów na końcu odcinka. Jak mało kiedy potrafię wyłączyć przy nich myślenie krytyczne i ochoczo przyjmować wszelkie scenariuszowe głupotki, jeśli tylko twórcy potrafią nieustannie podsycać moją ciekawość. Obecnie mam coś takiego przy oglądaniu Paradise na Disney+.

TUTAJ DUŻE OSTRZEŻENIE, BO WALNĘ SPOILEREM (INNYCH BĘDĘ UNIKAŁ) Z PIERWSZEGO ODCINKA, BO DOPIERO JEGO KOŃCÓWKA OBJAWIA, ŻE MAMY DO CZYNIENIA Z CZYMŚ INNYM NIŻ TYLKO THRILLEREM Z ZAGADKĄ MORDERSTWA. JAK KTOŚ CHCE BYĆ ZASKOCZONY ,TO PROSZĘ SKOŃCZYĆ CZYTAĆ TERAZ, RESZTĘ ZAPRASZAM DO DALSZEJ CZĘŚCI POSTA.

Serial zaczyna się niepozornie. Główny bohater (świetny Sterling K. Brown) jest członkiem Secret Service i jednym z najbliższych członków otoczenia prezydenta USA. Niestety nie udaje mu się spełnić podstawowego zadania, bo wspomniany prezydent zostaje zamordowany w swoim domu. No dobra, to samo w sobie brzmi jak poważna sprawa, ale tutaj do gry wchodzi cały gimmick serialu — tytułowe Paradise to ukryte we wnętrzu góry miasto-schron, w którym około 25 000 ważnych osób skryło się przed tajemniczym kataklizmem, który dotknął powierzchnię ziemi. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo tajemnic do odkrycia jest tu co nie miara.

Wspomniałem o Zagubionych także dlatego, że tutaj też mamy do czynienia z mieszaniem bieżącej narracji z licznymi flashbackami, a kolejne odcinki skupiają się na przeszłości konkretnych postaci. Nie ukrywam, że fabuła czasami bywa po prostu bzdurna i sklejona na ślinę, ale same opowieści o bohaterach bywają wyśmienite, a razem tworzą bardzo charakterną gromadkę. Na Filmwebie widziałem opinie, że to "Świetnie napisany słaby serial" i po części mogę przyznać rację. Choć realizacyjnie to serialowa topka — ładne to, dobrze zagrane i cieszące ucho sprytnie dobranymi coverami amerykańskich hitów z lat osiemdziesiątych.

Początkowo byłem nieprzekonany, ale teraz złapałem się na tym, że po obejrzeniu siedmiu odcinków drugiego sezonu (dostałem przedpremierowy dostęp od Disney+) jestem wkurzony, że już teraz nie mogę się dowiedzieć, co będzie dalej. Nie jest tak, że zachęcam wszystkich - uczuleni na taki rodzaj produkcji szybko ją znienawidzą, ale dla teskniących za trybem "o k**wa, muszę wiedzieć co będzie dalej", Paradise może okazać się nowym serialowym ulubieńcem.

Było czytane

Agnes. Bobki i inne świętości

Lubię od czasu do czasu sięgnąć sobie po humorystyczną fantastykę skierowaną do młodszych czytelników, bo ma ona dla mnie relaksujące właściwości, które na chwilę cofają mnie do bardziej niewinnych czasów. I właśnie tak czułem się w czasie lektury Agnes. Bobki i inne świętości Marka Maruszczaka.

Tytułowa Agnes odpracowuje swój dług w Limbo - hotelu i uzdrowisku dla wszelkiej maści bytów nadnaturalnych. Na pewno nie jest to praca, w której można się nudzić, bo wymagania gości są często bardzo nietypowe. Dziewczyna ma pełne ręce roboty, ale przez przypadek dorzuca sobie kolejny obowiązek - przypadkowe zjedzenie świętych bobków sprawia, że zostaje jedyną kapłanką pewnego chomiczego boga wojny. A to dopiero początek kłopotów.

Nie ma co się oszukiwać - od razu widać tutaj dwie inspiracje, czyli Spirited Away studia Ghibli oraz Pomniejsze bóstwa Terry'ego Pratchetta. Na szczęście nie mamy do czynienia z "wersją z temu" lub czymś "co mamy w domu", bo Maruszczak zapełnia swoją książkę całą masą pomysłów, które nadają jej autonomiczny charakter. A dzieje się tu naprawdę dużo, Agnes. Bobki i inne świętości to powieść wypełniona szalonymi zdarzeniami i postaciami. Jako przykład mogę dać jeden z moich ulubionych motywów, czyli prowadzenie mediacji między stworzeniami żyjącymi w sierści boskiego tygrysa, a samym kocim bóstwem. Takich smaczków jest o wiele więcej.

Maruszczak korzysta także z dziedzictwa komediowego fantasy w warstwie językowej. Tekst jest wypełniony humorystycznymi komentarzami i żartami językowymi. Niektóre z nich zasługują co prawda na miano sucharków, ale trafiają się też prawdziwe perełki. Warto też docenić ubrane w satyryczny płaszczyk całkiem poważne przemyślenia na temat takich zjawisk jak chociażby zinstytucjonalizowana religia. To w ogóle książka aż napęczniała od wszelkiej maści atrakcji i wątków, co mnie osobiście czasami przytłaczało, ale dla docelowych odbiorców może się okazać zaletą.

Jeśli macie gdzieś w swoim najbliższym otoczeniu nastoletniego fana fantastyki i chcecie mu podrzucić, coś zabawnego, ale i całkiem niegłupiego, to Agnes. Bobki i inne świętości sprawdzi się znakomicie. A i starsi czytelnicy teskniący za takimi klimatami powinni być zadowoleni.

Post powstał w ramach współpracy komercyjnej z wydawnictwem Znak Koncept.

PS. To drugi tom cyklu Kronik Atlasu. Jednak znajomość poprzedniej części nie jest potrzebna do lektury. Ja jej nie znałem i zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Strażnik szyszek

Przy takich komiksach chce się głośno powiedzieć: w końcu. Kuba Babczyński, niezwykle utalentowany komiksiarz, nareszcie wydał pełnometrażowy album. I choć historie (część trafiła do tego tomu) ze stworzonego (wraz z Tomaszem Kontnym i Piotrem Szulca) przez niego świata były już wcześniej wydawane w formie zinów, to jednak zasługiwały też na tak solidne wydanie. Strażnik Szyszek zabiera czytelnika na pewną, skrywającą wiele tajemnic, wyspę wchodzącą w skład archipelagu, który chronią tytułowi Strażnicy. Mamy do czynienia z czymś pomiędzy absurdalną groteską a przygodowym fantasy. I kurde, muszę przyznać, że trochę trudno mi opisać, czym właściwie jest ta historia, bo Babczyński i Szulc stworzyli rzecz na wskroś oryginalną i rządzącą się swoimi prawami, zarówno pod kątem graficznym jak i fabularnym. Jest to komiks piękny, zabawny, ale też zabarwiony sporą dozą nostalgii i smutku. Jakby połączyć dziecięcą wyobraźnie z goryczą, którą przynosi dorosłość. Może przestanę się wygłupiać i zamiast podejmować kolejne nieudolne próby ugryzenia sedna, po prostu napiszę, że jeśli chcecie przeczytać coś unikatowego na skalę polskiego komiksu, to Strażnik Szyszek spełni te oczekiwania. Panowie, czapki z głów.

Było grane

Ghost of Yōtei

Skończyłem wczoraj Ghost of Yotei i stwierdzam, że mój wskaźnik nasamurajowania osiągnął bardzo satysfakcjonujący poziom.

Ekipa Sucker Punch stworzyła tytuł, w którym po prostu chce się zanurzyć i płynąć z prądem opowieści. Czy to śledząc główny wątek opowieści czy podróżować po tym przepięknym świecie i odkrywać jego tajemnice. Dawno nie grałem w grę, w której tak przyjemnie mi się było. Nie należę do graczy rozkochanych w otwartych światach, ale tutaj z rozkoszą zbaczałem z głównej ścieżki, aby jeździć po kwiecistych łąkach i wspinać się po skałach w poszukiwaniu nowych znalezisk. Eksploracja w Ghost of Yotei to frajda sama w sobie.

Bardzo podoba mi się, jak poetycka strona podróżowania łączy się tu z krwawą łaźnią, jaką jest walka. System walki okazał się dla mnie bardziej przystępny niż ten z Ghost of Tsushima. Co prawda potyczki są tu dość proste, ale cholernie satysfakcjonujące i widowiskowe. Zdobywanie kolejnych broni i związanych z nimi umiejętności wzbogaca walki, ale nie dochodzi do poziomu przesycenia, jak na przykład w God of War: Ragnarok. Walki to niby najbardziej powtarzalny i czasami monotonny element całej gry, ale do samego końca potrafiłem się uśmiechnąć na widok tego, jak zgrabna w ciachaniu wrogów jest główna bohaterka.

Początkowo nie spodziewałem się, że opowiedziana w grze historia tak mnie wciągnie. Mamy tu do czynienia z podręcznikowym motywem "sierota dorosła i szuka zemsty", ale droga Atsu okazuje się tak dobrze podbudowana emocjonalnie, że rozgrywając finałowy pojedynek naprawdę czułem się związany z jej opowieścią. Nie ma w niej absolutnie nic odkrywczego, ale czasami wystarczy, że znane motywy są poprowadzone odpowiednio dobrze.

Przy całej swojej sympatii, jestem w stanie zauważyć, że to wciąż gra oparta o ubisoftowski model "nawalmy jak najwięcej rzeczy do zrobienia to gracze będą myśleli, że mają do czynienia z czymś wielkim". Jak wspomniałem wcześniej, normalnie szybko się nudzę takimi atrakcjami, ale tutaj to wszystko zostało zaimplementowane w taki sposób, że naturalnie pasuje do klimatu całości. Można też ponarzekać, że ten poetycko-brutalny typ narracji to odpowiednik lunarpakowej atrakcji pod tytułem "samurajska Japonia", ale chyba nikt nie próbuje wmówić, że jest inaczej.

Sięgnąłem po ten tytuł wiedziony chęcią przeżycia przygody zapewniającej mi bardzo konkretne doznania i ostatecznie dostałem więcej niż się spodziewałem. Takie gry AAA to ja rozumiem.

PS. Chciałbym podziękować Radkowi Pisuli, który w czasie naszej rozmowy o grze powiedziałbym, abym koniecznie włączył tryby Takashiego Mikę (zwiększa brud i brutalność) oraz tryb Shinichiro Watanabe dodający do soundtracku utwory Lo-Fi. Rzeczywiście zwiększa to już i tak intensywne doznania estetyczne.

Do obczajenia u innych

“The Town” z producentem “The Pitt”

Jeśli interesują Was kulisy powstawania nagradzanych seriali, to na pewno spodoba się Wam odcinek The Town poświęcony The Pitt. Główny producent serialu opowiada o tym, w jaki sposób połączył urok starych telewizyjnych procedurali z prestiżowym poziomem produkcji HBO. Można się dowiedzieć wielu nieoczywistych rzeczy na temat oczekiwań współczesnych widzów.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu buycoffee.to Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.