Kusi na Newsletter #48

Zaginione córki i szkolne indoktrynacje

Ech, w zeszłym tygodniu pisałem, że rozgrywająca się pomiędzy Netliksem a Paramountem bitwa o zakup Warner Bros. rozgrzała na nowo i czeka nas pewnie jeszcze niejeden zwrot akcji. Niestety, okazało się, że sprawa rozgrywa się w o wiele szybszym tempie niż chyba ktokolwiek się spodziewał. Wczoraj Ted Sarandos i Greg Peters, czyli szefowie Netfliksa, ogłosili że wycofują się z wyścigu, oddając zwycięstwo Davidowi Allisonowi i Paramountowi. Dla osób niezainteresowanych sprawą może to brzmieć jak kolejne przepychanki między korporacjami, ale konsekwencje tej decyzji będziemy odczuwać przez lata. Na razie najbardziej przerażające wydają się aspekty polityczne, bo pod wodzą Ellisonów Warner Bros. (ze swoimi licznymi odnogami) prawdopodobnie zmieni się w trumpowską tubę propagandową. Już teraz mówi się też o nadchodzących cięciach i masowych zwolnieniach. Ogólnie zapowiada się niewesoło, a o kolejnych etapach na pewno będę tu pisał, bo po drodze może się jeszcze sporo wydarzyć.

Kończąc ten pesymistyczny wstęp, zapraszam do regularnej części newslettera.

Trailery

Peaky Blinders: Nieśmiertelny

Myślałem, że po ostatnim sezonie serialu nie będę czuł ekscytacji powrotem Tommye’go Shelby’ego, ale ten trailer zweryfikował to założenie. Wygląda na to, że twórcy postanowili zakończyć z wielkim przytupem, co widać choćby po obsadzie, w której pojawiają się takie tuzy jak Rebecca Ferguson, Baryy Keogan, Tim Roth czy Stephen Graham. Naiwnie liczyłem, że film trafi także w ograniczonej dystrybucji do polskich kin, ale niestety musimy się zadowolić seansem na kanapie.

Mortal Kombat II

Ech, chciałbym się tym filmem podjarać, ale ten trailer wygląda dość biednie. Owszem, wybór Johny’ego Cage’a na główną postać to strzał w dziesiątkę (do tego Karl Urban, wiadomo), ale te wszystkie efekty specjalne wyglądają jak wyciągnięte z cienamitca gry sprzed dwudziestu lat. Obstawiam, że będzie to raczej bolesny seans.

Newsy

Relacja z pierwszej edycji festiwalu Podziemne Kocury

W ubiegłą sobotę we wrocławskiej BarBarze odbyła się pierwsza edycja festiwalu komiksu niezależnego Podziemne Kocury. Zorientowani w temacie pewnie wiedzą, że to impreza nowa/nienowa, bo powstała w miejsce odbywających się od 11 lat Złotych Kurczaków, które przestały istnieć po odejściu z grona organizatorów ich założyciela i głównej twarzy w postaci Fila Wiśniowskiego (pytanie o plotki i kontrowersje proszę kierować do głównych zainteresowanych). Podziemne Kocury zaadaptowały sprawdzoną kurczakową formułę (grono organizatorów w głównej mierze się pokrywało) i choć zabrakło charakterystycznej oprawy graficznej (nie ujmując tej nowej, bo kth. zadbała o poziom) i niepodrabialnej wodzirejki Fila, to impreza godnie pełniła funkcję prawdziwego święta polskiego komiksu niezależnego.

Rozrost tego środowiska, zarówno ze strony twórców jak i czytelników, widać po samej frekwencji, która chyba ponownie była rekordowa. To już nie te czasy, kiedy komiks niezależny był zaledwie marginesem mainstreamu. To wszystko żyje, rozwija się i wciąż wzbogaca o nowych twórców. Trudno mi nie patrzeć na to bez sporej dozy wzruszenia. W pewnym momencie w BarBarze zrobiło się wręcz trochę zbyt tłoczno i gęsto (salki potu vibe), co zaczyna być pewnym niedogonością, który jednak może nie być taki łatwy do rozwiązania. Życzę jednak organizatorom, aby musieli mierzyć się tylko z problemami typu zbyt duże zainteresowanie ich wydarzeniem.

Mogę nie być najwłaściwszą osobą do oceniania tego typu imprez, bo dla mnie mają one w dużej mierze charakter towarzyski. Wiecie, tutaj zakupy, tutaj rozmowa przy stoisku, a potem kawka i ploteczki w części kawiarnianej. Przez to nie uczęstniczyłem za bardzo w panelowej i warsztatowej częsci Podziemnych Kocurów. Nie jest tak, że ani razu nie posadziłem tyłka w częście prelekcyjnej, ale wiecie jak jest. Jednak patrząc na sam program uważam, że był on odpowiednio urozmaicony - znalazło się miejsce na spotkania z polskimi jak i zagranicznymi autorami, panele dyskusyjne oraz quiz, więc dla każdego coś miłego. Chciałbym zwrócić uwagę na pewien trend, który zaczynam obserwować na festiwalach - spotkania z polskimi autorami coraz częściej nie trwają już godzinę, ale 45 lub nawet 30 minut. Jako osoba, która miała okazję występować w roli zarówno przepytującego, przepytywanego, jak i osoby siedzącej na widowni wiem, jak męczące mogą być przedłużające się spotkania tego typu. A tak dostajemy konkret, który można zakończyć z poczuciem miłego niedosytu.

Część targowo-prelekcyjna mignęła mi błyskawicznie i nadszedł czas na galę wręczeni nagród, która ropozczęła się o 20 00. Na początku organizatorzy poświęcili parę minut na wspomnienia zmarłego w zeszłym roku Rafała Kołsuta, czyli jednego z najprężniej działających dobrych duchów polskiego komiksowa. Moment smutny, wzruszający i chyba za ciężki, abym miał siłę o nim więcej pisać.

Możliwe, że dla stałych bywalców Złotych Kurczaków gala mogłaby być najbardziej odmiennym elementem obu imprez. Fil to jednak sceniczny żywioł, którego nie da się podrobić. Jednak uważam, że duet w postaci Marysi Lengren i Jerzego Łanuszewskiego dowiózł odpowiedni poziom. Jeśli chodzi o samą część przyznawania nagród, to była ona dla mnie wyjątkowo emocjonująca, bo stworzona przeze mnie (scenariusz) i Falauke (rysunki) Droga Jodie była nominowana w dwóch kategoriach, za scenariusz i komiks roku. Cóż, tym razem się nie udało, ale nie rozpaczam. Fajnie byłoby coś wygrać, ale czytałem wszystkie nominowane komiksy i wiem, że poziom był naprawdę wysoki i szanse były wyrównane. To z kolei pokazuje, w jakim niesamowitym miejscu jest obecnie polski komiks niezależny,

Nagrody otrzymali_ły:

- w kategorii DEBIUT: Paweł Mączewski ( @fumonczu ) za ,,Wreligion”

- w kategorii KRÓTKA FORMA: ,,Uczta” autorstwa Miko Dołhuna i Błażeja ,,qrjusza” Kurowskiego

- w kategorii OKŁADKA: ,,Der Pavor Nocturnus” autorstwa Falauke

- w kategorii RYSUNEK: ,,The Caravan” #1 autorstwa Marianny Strychowskiej

- w kategorii SCENARIUSZ: ,,Święte Księgi” autorstwa Jakuba ,,Dema” Dębskiego

- w kategorii KOMIKS INTERNETOWY: ,,Necros” autorstwa Konrada ,,Koko” Okońskiego

- w kategorii ANTOLOGIA ALBO ZIN KOMIKSOWY: ,,Akt” #39

- w kategorii KOMIKS: ,,Nora” autorstwa Agaty ,,Kwiatki” Kwiatkowskiej

Bardzo mnie cieszy, że nagroda za najlepszy komiks trafiła do debiutantki, bo to dowód na to, że konkurs jest wciąż otwarty na świeżą krew. Myślę, że powinno to być na swój sposób motywujące dla początkujących twórców, którzy mogą się krygować stawać w szranki z tak doświadczonymi twórcami. A tu przychodzi debiutantka i ustawia weteranów po kątach. Brawo.

W przyszłym tygodniu pozwolę sobie na część drugą tej mini-relacji, w której napiszę trochę o nabytych na imprezie zinkach, choć patrząc na zdjęcia zdobyczy znajomych, to ta moja kupka jest żałośnie mała.

Autorem wszystkich zdjęć jest Michal Łagoda. Otrzymałem je od organizatorów wydarzenia.

Kontrowersje na gali BAFTA

Na tegorocznej gali rozdania nagród BAFTA doszło do nietypowego incydentu, którego główną postacią stał się John Davidson, producent nominowanego w konkursie filmu I Swear. Davidson cierpi na zespół Tourrette’a (jego historia posłużyła jako podstawa fabuły), co było wyraźnie słyszalne na gali, w której czasie wykrzykiwał przekleństwa. Organizatorzy zresztą uprzedzili gości, że taka sytuacja może zaistnieć. Jednak naprawdę nie przyjemnie zrobiło się, kiedy na scenę weszli Michael B. Jordan i Delroy Lindo, bo wtedy rozległo się głośne “słowno na N”. Obecni na scenie zachowali się nad wyraz spokojnie i po prostu nie reagowali. Najbardziej dziwi w tym zachowanie samej stacji BBC (oczywiście wystosowali już przeprosiny), która nie usunęła tego momentu z relacji, pomimo tego, że miała ona miejsca z dwugodzinnym opóźnieniem.

Powstanie pilot rebootu “Z archiwum X”

Ostatnimi czasy pojawiły się informacje o możliwym reboocie Z archiwum X, za którego sterami ma stanąć sam Ryan Coogler. Projekt właśnie dostał zielone światło, ale na razie wyprodukowany zostanie tylko pilot, a od jego popularności zależeć będzie los całego serialu. O produkcji na razie nie wiadomo za wiele, ale reżyser Grzeszników zapewnia, że jego wersja ma trzymać się pierwotnych założeń serii o Mulderze i Scully, ale jednocześnie być na tyle autonomiczna, aby zachować odpowiednią świeżość. Z aktorskich wieści na razie wiadomo, że w jedną z głównych postaci wcieli się Daniel Deadwyler.

Zygmunt Miłoszewski kończy współpracę W.A.B i otwiera własne wydawnictwo.

W zeszły poniedziałek na swoim socialowych profilach Zygmunt Miłoszewski ogłosił jeden z ważniejszych rozłamów na polskim rynku wydawniczym ostatnich lat — po dwóch dekadach kończy współpracę z wydawnictwem W.A.B, które wydało wszystkie jego dotychczasowe powieści. Poniżej treść jego posta:

“Szanowni Państwo,

krótka informacja: po dwudziestu latach zakończyłem współpracę z Wydawnictwem W.A.B/Grupą Wydawniczą Foksal.

Wiadomo, przy każdym burzliwym rozstaniu łatwo bez końca o złych rzeczach, ale biorę głęboki oddech i z serca dziękuję wszystkim osobom, z którymi przez dwie dekady przeżywałem tę wspaniałą przygodę. Nasze premiery, sukcesy, niezliczone kawy, spotkania, podróże, festiwale, barwne kłótnie i awantury. Niezapomniany, wyjątkowy czas.

Bardzo chciałbym w tym miejscu podziękować Wojciechowi Jarosińskiemu i Julii Porębskiej z kancelarii Peak Legal. Ten proces rozwodowy nie był ani prosty, ani krótki, ani przyjemny. Julio i Wojtku, jesteście fantastycznymi prawnikami, ale mimo tego pewnie bym się poddał, gdyby nie Wasze wsparcie, empatia i zrozumienie. Od dziś prawnicy w moich książkach to będą na Waszą cześć najwspanialsze osoby. Prawie wszyscy

Każdy smutny koniec to jednocześnie ekscytujący początek. Pytacie: co dalej? Rozkręcamy się pomału, ale już możecie zajrzeć tutaj:

Było oglądane

Pan Nikt kontra Putin

Chyba większość (mam nadzieję) z Was zdaje sobie sprawę, że Rosja już od dawna jest totalitarną dyktaturą, która nieustannie pierze mózgi swoich obywateli. Jednak co innego wiedzieć, a co innego móc spojrzeć na to, jak indoktrynacja odbywa się na najbardziej podstawowym poziomie, czyli w systemie edukacji. Twórcą, narratorem i głównym bohaterem filmu jest Pasha Talankin, nauczyciel w liceum mieszczącym się w Karabaszu, czyli małej mieścinie uznawanej za najbardziej trujące miejsce na świecie. Wiecie, taka stereotypowa Rosja, niczym z dowcipów o Muchosrańsku. Jednak pomimo wszystkich wad Pasza kocha swoje miasto, jego mieszkańców, a szczególnie swoich uczniów.

Kiedy rozpoczęcie inwazji na Ukrainę wpływa na codzienność jego szkoły, bohater postanawia uwiecznić postępujące zmiany. Ma taką możliwośc, bo już wcześniej zajmował się filmowaniem wszelakich wydarzeń odbywających się w placówce, więc przynajmniej na początku nie budzi żadnych podejrzeń. W ten sposób uzyskujemy unikatową możliwość na to, jak państwowa propaganda mieli jednostki i zmienia je w zastraszającym tempie. Zakłamywanie historii, lekcje zmieniające się w propagandowe pokazy i rozbudzania miłości do działań wojennych są tu na porządku dziennym. Zmienia się także Pasza, który coraz bardziej uświadamia sobie, że miasto które pokochał odchodzi w niepamięc.

Pod względem filmowym Pan nikt kontra Putin jest opowiedziana nad wyraz sprawnie. Talankin jest obdarzony charyzmą i wyczuciem absurdalnej groteski, po którą często sięga. Pewnie wątpliwości może budzić autokreacyjny charakter tworzonego przez niego dokumentu, bo siłą rzeczy bohater tworzy się w nim na bieżąco. Należy pamiętać, że to rodzaj dokumentu autorskiego, a ten przecież nie musi się opierać się tylko na bezpośredniej relacji. Trudno też nie zauważyć, że największymi ofiarami dokumentu mogą się okazać występujący w nim uczniowie, o których tak troszczy się twórca. Trudno uwierzyć, że nie spotkały ich za to żadne reperkusje.

Pan Nikt kontra Putin może budzić kontrowersje i wywoływać dyskusje, ale jako bezpośredni zapis z postępującej totalitaryzacji społeczeństwa jest czymś bezcennym. Polecam wszystkim, choćby po to, aby przypomnieć sobie,

Bitwa samurajów

Bywam prostym chłopem, który od czasu do czasu bardzo lubi pooglądać, jak na ekranie się fajnie napieprzają. Uważam, że istnieją produkcje, których twórcy podnoszą sceny akcji do rangi sztuki, czyniąc cuda będące dowodem na mistrzowskie zrozumienie filmowej narracji. Dlatego uwielbiam tetralogie Johna Wicka, czy to co wyczynia ze swoimi aktorami Gareth Evans. Ostatnio poczułem coś takiego w czasie oglądania sześciu odcinków netfliksowej Bitwy samurajów.

Serial został oparty na popularnym (dzięki Squid Games) pomyśle przeniesienia growego trybu battle royale na aktorską fabułę. Akcja rozgrywa się w Japonii roku 1878 roku. Ostatnia bitwa z udziałem samurajów miała miejsce dziesięc lat temu, a obecnie są oni niechcianymi widmami dawnej epoki. Jednak ktoś znowu sobie o nich przypomina i zaprasza 292 wojowników do morderczej gry, której tajemniczy organizator zapewnia, że zwycięzca (i jedocześnie ostatni ocalały) otrzyma bajeczne bogactwo.

Zdaje sobie sprawę, że zarówno polski tytuł (angielskie Last Samurai Standing brzmi jakoś godniej), jak i opis fabuły mogą nie zachęcać. Nie ma się też oszukiwać, że mamy do czynienia z pozycją, która ma zapewniać coś innego niż mistrzowsko zrealizowaną rozrywkę. Z drugiej strony nie jest to rzecz oparta tylko i wyłącznie na efektownych pojedynkach. Bohaterowie są barwni i charakterni, a główna intryga potrafi wciągnąć, bo fabularnych zwrotów jest tu co nie miara. Uważam też, że świetnie uchwycono tu atmosferę zderzenia się teraźniejszości i przeszłości z całą romantyczną brutalnością odchodzenia pewnego świata w niebyt.

W Bitwie samurajów zadbano o odpowiednie podłoże emocjonalno-fabularne, ale główną atrakcją pozostają tu wszelkiej maści starcia. Tych jest od groma, ale są tak efektowne i pomysłowe, że w ogóle się nie nudzą. To jedna z tych produkcji, podczas której oglądania trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z serialem, a nie wysokobudżetowym filmem pełnometrażowym. Znajdziemy tu zarówno pełne chaosu walki grupowe, jak i kameralne pojedynki przywodzące na myśl walki z growymi bossami. Choreografia stoi tu na najwyższym poziomie, ale w tym samym czasie walki nie tracą surowego, frenetycznego charakteru. Odpowiada za to między innymi praca kamery, sprawiająca często wrażenie, jakby sam operator unikał wszechobecnych cięć mieczem, przy okazji próbując złapać jak najlepsze ujęcie. Patrzy się na to wszystko z rozdziawioną gębą.

Te sześć odcinków ogląda się błyskawicznie, choć pod koniec nastepuje pewien zgrzyt - czuć, że to po prostu połowa całej historii, więc zostaje niedosyt spowodowany brakiem poczucia obcowania z pełnoprawnym zwieńczeniem sezonu. Na szczęście druga część już powstaje, więc pozostaje czekać na kolejną porcję tego absurdalnie wręcz efektownego widowiska.

Klangor sezon drugi

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że drugi sezon Klangoru to najmroczniejszy polski serial kryminalny, jaki miałem okazję oglądać, a przecież konkurencja nie jest wcale mała.

Już na wstępie warto rozwiać obawy i zaznaczyć, że nie mamy tu do czynienia z bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z pierwszego sezonu. Historia prywatnego śledztwa Rafała Wejmana zakończyła się i na szczęście twórcy postanowili zrobić ze swojego serialu coś w stylu antologii skupiającej się na różnych sprawach. Opowieść jest nowa, ale fani poprzedniego sezonu od razu poczują się jak w domu. Podobnie jak w pierwszym sezonie, cała akcja rozgrywa się w chłodnej scenerii zimowego Świnoujścia, a główny wątek fabularny kręci się wokół rodzica poszukującego zaginionej córki. Tu i ówdzie pojawiają się widziane wcześniej postaci drugoplanowe (a nawet pierwszoplanowe), ale fabularnie to nowe rozdanie.

Tym razem główną bohaterką jest Helena Zdun (świetna Małgorzata Gorol) - była prostytutka, która po dwudziestu latach wraca do rodzinnego miasta, aby odnowić kontakt z wychowaną bez jej udziału córką. Dwudziestoletnia Wiki nie chce mieć nic wspólnego z wyrodną matką, a do tego sama ma duże problemy - tkwi w związku z przemocowym mężem, z którym ma dziecko i boryka się z uzależnieniem od narkotyków. Pomimo niechęci Wiki Helena nie odpuszcza, a kiedy dowiaduje się, że córka zaginęła, postanawia odnaleźć ją za wszelką cenę.

Drugi sezon Klangoru należy do tego rodzaju kryminałów, w których samo śledztwo jest punktem wyjścia do ukazania obrazu pewnej społeczności oraz skrywanych przez nią sekretów. W tym przypadku w sprawę zamieszani są przedstawiciele lokalnej policji oraz strażnicy więzienni uwikłani w handel narkotykami wśród więźniów. Kolejne odcinki odsłaniają skomplikowaną sieć wzajemnych relacji, która sprawia, że każdy zamieszany w sprawę zaginięcia Wiki zaczyna bać się o własną skórę, co w konsekwencji prowadzi do kolejnych tragedii.

Dla mnie,ten sezon to głównie niezwykle gorzka opowieść o zmarnowanych szansach i przegranych życiach. Bohaterowie uwięzieni są w pułapce przeszłości, w której często znaleźli się nie ze swojej winy. Ciągle docierają do nich konsekwencje chwil słabości, kiedy przejęły nad nimi kontrolę zawiść, strach, chciwość czy zwykłe odwrócenie głowy od cierpień bliźnich. Osobno jeszcze do zniesienia, ale zebrane razem tworzą siłę niszczącą wszystko i wszystkich naokoło. To nie jest świat, w którym pozostaje dużo miejsca na światło, a nawet jak to się pojawia, to trudno uwierzyć, że ciemność zaraz znowu nie wróci.

Fabuła jest bardzo mroczna, co dodatkowo, podobnie jak w sezonie pierwszym, podkreślane jest przez warstwę audiowizualną. Skąpane w szaroniebieskich barwach, zimowe Świnoujście jawi się jako miejsce, w którym wiecznie panuje chłód, a Słońce już nawet nie stara się wyjrzeć zza chmur. Świat serialu to kraina wiecznego wzdychania i zmęczenia, które przechodzą także na widza. I nie traktuję tego jako wady (to po prostu serial dla lubiących zatopić się w takich klimatach), tylko jako pochwałę świetnej realizacji. To kolejny polski serial, który przypomina, że określenie “spoko zrobione jak na polskie warunki” staje się już nieaktualne.

Nie jest to z pewnością serial dla wszystkich. Jednym z powodów może być samo natężenie okropności jakie spotykają bohaterów, co bardziej wrażliwi mogą się poczuć przytłoczeni. Nie wszystkim też może przypaść do gustu niespieszne tempo prowadzenia opowieści, bo ważniejsze od sensacyjnych zwrotów akcji jest spokojne budowanie kolejnych wątków. Co prawda, tych fabularnych skoków w bok czasami rzeczywiście jest trochę za dużo, ale ostateczny efekt jest bardzo satysfakcjonujący.

Wszystkie odcinki drugiego sezonu są już dostępna w serwisie streamingowym CANAL+, a pierwszy z nich możecie obejrzeć zupełnie za darmo bez konieczności rejestracji. Wystarczy kliknąć o tutaj:

https://can.al/KusiNaKulture

PS. Jakby ktoś dalej zastanawiał się, co właściwie oznacza tytuł to raczę słownikową definicją: Klangor – jednostajny dźwięk w powietrzu, zwłaszcza głos żurawi ciągnących w przelocie.

Post w ramach współpracy reklamowej z CANAL+ Polska

Było czytane

Zamieszki przeszłe i przyszłe

Joe Sacco dedykuje swój najnowszy album “niestrudzonym dziennikarzom wiejskich obszarów Indii”, ale to określenie (w sensie niestrudzony) pasuje świetnie także do niego samego. Już od ponad trzydziestu lat jego komiksowe reportaże są przykładem zaangażowanego dziennikarstwa, które nie idzie na żadne kompromisy. W takich dziełach jak Strefa Bezpieczeństwa Goražde, Palestyna czy Hołd dla ziemi unika wygodnych rozwiązań, tylko drąży niewygodne tematy. Robi to głównie za sprawą rozmów z uczestnikami opisywanych przez siebie wydarzeń, niejednokrotnie stawiając naprzeciw siebie zupełnie negujące się narracje.

Tak samo jest w Zamieszkach przeszłych i przyszłych, gdzie Sacco bierze na warsztat temat krwawych zamieszek, do których doszło w 2013 roku między muzułmańskimi i hinduskimi mieszkańcami indyjskiego stanu Uttar Pradeś. Choć stosunkowo niewielkie w swoim znaczeniu, stają się dla autora wzorcowym przykładem tego, do czego może prowadzić politycznie podsycana niechęć wśród długoletnich sąsiadów. Jeżdżąc od miejsca do miejsca Sacco zbiera rozjeżdżające się relacje przedstawicieli obu stron konfliktu, co zmienia się w przerażający obraz nakręcającej się spirali dezinformacji, której konsekwencje prawie zawsze są tragiczne. Jak to u Sacco bywa bardzo szczegółowa kreska łączy się z olbrzymią dawką tekstu oraz informacji do przyswojenia. To reportażysta z krwi i kości, więc czytelnik także nie dostaje taryfy ulgowej. Jeśli jednak macie ochotę na dziennikarstwo w coraz rzadziej spotykanym stylu, to powinniście się tym komiksem zainteresować.

Kup mój komiks

Przy okazji pisania relacji z Podziemnych Kocurów pomyślałem sobie, że chyba jednak za rzadko wspominam tutaj o Drogiej Jodie, czyli komiksie, który stworzyłem (scenariusz) do spółki z Falauke (rysunki). Jestem z niego bardzo zadowolony, a teraz dzięki nominacji za scenariusz i komiks mam potwierdzenie, że nie jest to tylko mój ego trip. Zaraz się chyba sam pogrążę, więc po prostu łapcie opis z tyłu okładki:

“Co łączy zamach na Ronalda Reagana z Taksówkarzem Martina Scorsese?

W 1981 roku, Jodie Foster, wtedy studentka historii literatury na Yale otrzymała list od Johna Hinckleya JR. - stalkera, który już od dłuższego czasu zakłócał jej spokój. Skupiona na swoich sprawach nie spodziewała się, że to z jej powodu niedługo potem dojdzie do próby zabójstwa prezydenta USA. W Drogiej Jodie… Kajetan Kusina i Falauke przedstawiają historię tych wydarzeń, także w kontekście powstawania filmu, zadają pytania na temat różnych oblicz obesji i pokazują jaki niespodziewany wpływ na rzeczywistość mogą mieć przełomowe dzieła kultury. Komiks nie tylko dla miłośników Taksówkarza.

Komiks można kupić w moim sklepiku, klikając o tutaj na dole:

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu buycoffee.to Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.