- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Kusi na Newsletter #47
Kusi na Newsletter #47
Lesbijskie księżniczki i wymazane miłości.
Witam wszystkich w prawdopodobnie ostatni mroźny dzień tej zimy. Dzisiaj bez większego wstępu, bo właśnie zbieram sie na pociąg do Wrocławia, do którego jadę na pierwszą edycję Podziemnych Kocurów, czyli festiwalu komiksu niezależnego powstałego na miejsce Złotych Kurczaków. Miłej lektury!
Trailery
Spider-Man Noir
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda to naprawdę klimatycznie, do tego Nicolas Cage w wersji noir brzmi jak potencjalny piękny popis jego aktorskiej szarży. Jednak wciąż trudno mi uwierzyć, że jest to materiał na cały sezon serialu i twórcy znajdą odpowiednio dużo fabularnego paliwa. Cóż, przekonamy się w maju.
Mumia: Film Lee Cronina
Jeśli nie macie dość horrorów o opętanych dzieciach i próbujących je uratować rodzicach, to nowy film Lee Cronina (ma na koncie udany reboot Martwego zła) zapowiada się na całkiem straszny straszak. Czuć w tej zajawce zło i niepokój, więc fani seansów z pełnymi gaciamia mają na co czekać.
Newsy
Wiadomo jakie straty przyniosła “Śnieżka”

Według doniesień Forbesa aktorska wersja Królewny śnieżki okazała się jedną z największych finansowych wpadek w historii Disneya. Film miał przynieść firmie 170 000 000 dolarów straty. Czynnikiem tej katastrofy znaleźć można wiele, ale niestety prawdopodobnie już na zawsze stanie się po prostu koronnym argumentem w arsenale wszystkich agentów od “go woke, go broke”.
Powstała wyszukiwarka cytatów z animacji Bartosza Walaszka

Ten moment w końcu musiał nadejść — jakiś wspaniały człowiek stworzył wyszukiwarkę cytatów ze wszystkich animacji autorstwa Bartosza Walaszka. Wystarczy w nią wpisać słowa kluczowe, a dostaniemy wykaz wszystkich odcinków, w których te występują. Znajdziecie ją o tu:
Aferka wokół festiwalowego zina Pyrkonu

Największy festiwal fanstatyki w Polsce znowu rozbudził dyskusje. Tym razem sprawa rozbija się o planowanie wydanie oficjalnego zinu festiwalu, który ma być rozprowadzany za darmo w trakcie jego następnej edycji. Zawarte w nim krótkie formy komiksowe (do czterech stron) mają przedstawiać przygody widocznych powyżej “Brand Heroes Pyrkonu” (paskudna nazwa). O co rozchodzi się cała afera? A klasycznie o pieniążki, bo organizatorzy nie przewidują wynagrodzenia dla twórców, których pracę dostaną się do zina. Główne pytanie jest jedno — czy festiwal takiej rangi nie powinien płacić za materiały do publikacji pełniącej funkcję materiałów promocyjnych imprezy? Strony podzieliły się dość klasycznie — na tych, którzy uważają to za objaw januszerki uprawianej w imię “dobra fandomu” i na tych broniących organizatorów, którzy sami przecież na tym evencie nie zarabiają. Jeśli chodzi o orgów - ich życie, mogą się poświęcać dla sprawy. Jednak pojawia się tu typowy problem dla tego inicjatyw po pewnym stopniu rozrostu — zarabia na niej pełno osób (wystawcy, ludzie od żarcia, pewnie agencje marketingowe), ale nie te, które rzeczywiście budują jej trzon. I jakoś dziwnie mi patrzeć na sytuację, w której kasa na marketing może iść na plakaty wywieszony przy głównej arterii dużego miasta, ale nie na twórców dostarczających swoje dzieła. Rozumiem, że pewnie sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, ale jednak czuję w tym zgrzyt na podstawowym poziomie.
Zwrot akcji w sprawie sprzedaży Warner Bros.

Można było spodziewać się, że sprawa zakupu Warner Bros. przez Netflixa doczeka się jakiegoś zwrotu akcji i ten właśnie nastąpił. Jak donosi Bloomberg, podający się na swoje źródła, przedstawiciele Paramountu przesłali do WB zaktualizowaną wersję swojej oferty kupna. Ma zawierać także opłacenie 2,8 miliarda dolarów kary za odstąpienie od umowy z Netfliksem. Nie znaczy to, że Paramount właśnie załatwił sobie przejęcie WB, ale ponowne otwarcie negocjacji. Zapowiada się prawdziwa biznesowa telenowela.
Gwiazdy bojkotują Berlinale

Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie przejdzie do historii, ale raczej nie z powodów, których życzyliby sobie organizatorzy. Wszystko zaczęło się od niefortunnej odpowiedzi Wima Wendersa, pełniącego funkcję przewodniczącego jury, który zapytany o milczenie festiwalu w sprawie Gazy odpowiedział:
“Musimy trzymać się z dala od polityki. Jesteśmy przeciwwagą dla polityki, jesteśmy jej przeciwieństwem. Musimy pracować w imieniu ludzi, a nie polityków. Filmy mogą zmieniać świat, ale nie w sposób polityczny.”
Jego odpowiedź nie spodobała się wielu gwiazdom związanym z festiwalem, które napisały list otwarty skierowany do władz Berlinale, w którym krytykują ich omijanie kwestii palestyńskiej. Wśród podpisanych znaleźli się między innymi Tilda Swinton, Javier Bardem i Adam McKay.
Pełną treść listu i znajdującym się na nim nazwisk znajdziecie o tutaj:
Powstaje film o Adamie Małyszu

Tak prezentują się Tomasz Kot o Bartłomiej Deklewa jako Edi Federer i Adam Małysz. Tak, nasz “Orzeł znad Wisły” doczeka się swojej fabularnej biografii filmowej. Robienie takich produkcji o wciąż żyjących ludziach zawsze podśmiarduje hagiografią. Do tego życiorys Pana Adam nie należy chyba do najbardziej fascynujących (poza jego skakaniem), więc mam raczej małe oczekiwania, ale z punktu komercyjnego to pewniak frekwencyjny.
Było oglądane
Lesbijska księżniczka z kosmosu

Ten film zdążył już nadepnąć na odcisk niektórym konserwatywnym osobnikom, głównie tym którzy go zapewne nie widzieli i nigdy nie zobaczą.
I może dla nich dobrze, bo mamy do czynienia z szyderczą komedią, która wręcz bezczelnie chełpi się swoją przesadą. Jak inaczej określić animację, w której bohaterka wyrusza z planety Clitopolis, aby opuścić gejowski kosmos i odnaleźć bandę przedstawicieli prawie wymarłego gatunku białych heterobcych, którzy porwali jej dziewczynę. Jeśli komuś się nie podoba, że od razu wskakuję w wątki "polityczne" - trudno inaczej jeśli mamy do czynienia z satyrą opartą o kwestie światopoglądowe. Proszę już nie być takimi płatkami śniegu.
Jednak tak naprawdę Lesbijska księżniczka z kosmosu urzekła mnie czymś innym - fajnie obejrzeć w końcu animację dla dorosłych, z odpałami godnymi Ricka i Morty'ego, która nie jest przeżarta cynizmem. Rubaszno-wulgarna otoczka skrywa tak naprawdę uroczą i całkiem mądrą historię o odnajdywaniu swojej własnej wartości oraz wewnętrznej siły. Nie wstydząca się bycia wholesome i ciepła skierowanego nawet w stronę tych biednych kosmicznych inceli. Dla mnie okazało się to mocno odświeżające i przypomniało mi, że jestem zmęczony wspomnianym wyżej cynizmem.
Lesbijska księżniczka z kosmosu ma swoje problemy - niektóre żarty są przyciężkawe lub eksploatowane za mocno i czasami braknie jej fabularnego paliwa. Prezentowany humor niektórych pewnie odrzuci już na samym początku. Jednak nadrabia to bezwstydną radością wynikającą z pełnej akceptacji swojej przypałowej natury.
Zakochany bez pamięci

Zafundowałem sobie walentynkową powtórkę i tym razem zwróciłem uwagę na to, jak ten film rozgrywa schemat "Manic pixie dream girl" kilka lat przed popularyzacją tego terminu.
O co chodzi w samym tym określeniu i skąd ono się właściwie wzięło? Spopularyzował je w 2007 roku krytyk Eric Rabin podczas omawiania postaci granej przez Kirsten Duns w Elizabethtown.
W skrócie chodzi o rodzaj ekscentrycznej, bezpośredniej kobiety, która wyrywa głównego bohatera z jego nudnej codzienności i uczy go żyć pełnią życia, a on ewentualnie "nagradza" ją emocjonalną stabilizacją. Ten typ postaci stał się bardzo popularny gdzieś w okolicach 2005 roku, w dużej mierze za sprawą takich indie komedii jak Powrót do Garden State, a jego kwintesencją została Ramona Flowers z Scott Pligrim kontra świat. Do ich charakterystycznych cech należą między innymi delikatna uroda, kolorowe włosy i nietypowe, ale idealnie dobrane ubrania. Te cechy używane są, aby nadać im "dziewczecy" charakter.
I choć pierwotnie zwrot ten służył do krytyki powierzchownego traktowania takich postaci, które służą jako męska fantazja o szalonej, ale możliwej do miłosnego ujarzmienia dziewczynie, to w pewnym momencie stał się kłopotliwy. Często zaczął służyć jako obraźliwe określenie, coś jak polska "Julka", które sprowadzało tego typu postać do łatwego do wyśmiania stereotypu. Chyba dobrym przykładem tego nadużycia był moment, w którym zaczęto tak określać Zooey Deschannel, tę prawdziwą, a nie graną przez nią postać.
Wróćmy jednak do Zakochanego bez pamięci i postaci Clementine, która spełnia wszystkie warunki do zostania "Manic pixie dream girl". Z tą różnicą, że ona jest świadoma, że faceci patrzą na nią w ten sposób. W jednej ze scen, kierowana gniewiem mówi to wprost do Joela:
"Too many guys think I'm a concept, or I complete them, or I'm gonna make them alive. But I'm just a f***ed-up girl who's looking for my own peace of mind; don't assign me yours".
Sprzeciwiając się w ten sposób sprowadzenia tylko do roli spełnienia marzeń i zbawczyni smutnego introwertyka. Zakochany bez pamięci to w końcu film także o tym, że prawdziwie dojrzały związek i uczucie muszą przejść etap wzajemnego rozczarowania, bo dopiero wtedy jesteśmy w stanie zaakceptować drugą osobą taką jaką jest naprawdę.
Jak dla mnie interesujący przykład dekonstrukcji jakiegoś zjawiska (obecnego w popkulturze od lat) na trochę przed jego najjaskrawszym okresem w popkulturze.
Było czytane
Ta teksańska krew

Po sporej przerwie, wydawnictwo KBOOM w końcu wraca do regularnego wydawania komiksów (na ten rok zapowiedzieli osiem), co mnie cieszy, bo większość wypuszczonych przez nich rzeczy przypadła mi do gustu. Tegoroczne rozdanie zaczęli od Tej teksańskiej krwi, czyli tytuł z kategorii solidnych przedstawicieli opowieści gatunkowych. Chris Condon i Jacob Phillipis nie odkrywają w swojej serii koła na nowo — to klasyczna opowieść o starzejącym się szeryfie z małego miasteczka, na którego barki spadają kłopoty wywołane powrotem pewnego osobnik, który z kolei wyciąga na wierzch stare, nigdy nierozliczone grzechy. Czuć tu ducha taki filmów jak To nie jest kraj dla starych ludzi czy Aż do piekła. Opowiedziana historia jest bardzo klimatyczna, brutalna i skrywa w sobie na tyle tajemnic, że człowiek chcę dowiedzieć się o tym, co będzie dalej. Nie jest to pozycja, którą poleciłbym czytelnikom mającym do rozkopania swoją kupkę wstydu, ale jeśli ktoś jesteście fanami surowych opowieści o mieszkańcach południa USA, to Ta teksańska krew ma szansę dołączyć do grona Waszych ulubionych, czytanych na bieżąco serii.

Było grane
Yakuza: Like a a Dragon

Nie jestem chyba jedyną osobą, która w pewnym momencie swojego growego życia stwierdziła, że chciałaby w końcu spróbować zagrać w jakąś część Yakuzy, ale trochę nie wiedziała jak się do tego zabrać. Niby wszystko jest opisane, ale jak się zobaczy ile tego wyszło, to trudno nie poczuć przytłoczenia. Ciągnąca się od lat część główna, jej remaki, prequele i spinoffy. Samo czytanie na temat jest męczące. Ja w końcu zdecydowałem się rozpocząć od Yakuza: Like a Dragon, czyli jrpgowej odsłony opowiadającej o losach niejakiego Ichibana Kasugi. Dlaczego tak? A z mocno prozaicznego powodu - gra była akurat dostępna w abonamencie Playstation+ extra, więc okazała się najłatwiej dostępna.
Spodziewałem się, że początkowo będę musiał się uzbroić w cierpliwość (jak to w jrpgach), ale taen tytuł naprawdę potrafi wystawić ją na próbę. To jedna z tych produkcji, które potrzebują duuuuużo czasu, aby porządnie się rozkręcić. Sam wstęp fabularny wydaje się nie mieć końca, walka na początku jest właściwie automatyczna, a sam Ichiban przez swoją porywczość nie jest najłatwiej bohaterem do polubienia na początku. Jednak motywowany zapewnieniami, że warto czekać, dzielnie przebrnąłem przez trudne początki i teraz mogę stwierdzić, że warto dać tej grze kredyt zaufania.
Dość szybko ujął mnie jej specyficzny humor, który objawia się także w samym systemie walki i rozwoju postaci, bo ten jest nieodłącznie związany ze sposobem patrzenia na świat protagonisty. Ichiban jest wielkim fanem serii Dragon Quest, która pozwoliła mu przejść przez trudy dzieciństwa i sam widzi siebie jako bohatera jrpga. Gdy przechodzimy do walki, to zwykli to zwykli bandyci zmieniają się w złoczyńców posiadających nadnaturalne moce. Transformacje napotykanych złoli bywają komiczne, choć warto zaznaczyć, że to dość rubaszny humor (jednym z rodzajów przeciwników są ekshibicjoniści). Dowcipne są także same klasy postaci, które mogą obrać członkowie naszej drużyny — wśród nich znajdziemy chociażby bezdomnego, breakdancera czy kucharza. Jest w tym dużo darcia łacha z gatunku, ale jednocześnie Yakuza: Like a Dragon, to jest solidny i wciągający przedstawiciel.
Kolejnym aspektem, który początkowo trochę mnie męczył, ale ostatecznie bardzo przypadł mi do gustu jest fabuła i sposób jej opowiadania. Wiedziałem, że Yakuza znana jest ze swojego telenowelowego zacięcia, ale chyba nie byłem gotowy na takie natężenie twistów typu “zabili go i uciekł”. Jednak ma to swój urok - intryga goni intrygę, pojawiają się nieoczekiwane zdrady i sojusze, a chyba każdy rozdział kończy się ujawnieniem informacji, które mocno zmieniają spojrzenie na całą historię. Po drodze nauczyłem się także inaczej patrzeć na głównego bohatera, który na początku może irytować swoim nadmiernym entuzjazmem i skłonnością do dramatyzmu, ale ostatecznie okazuje się po prostą dobrą mordą o złotym sercu. Do tego zbierającą wokół siebie podobnych dziwaków, wykolejeńców i nieudaczników, którym po prostu chce się kibicować w ich walce o swoje miejsce na świecie.I choć historia bywa przyciężkawa i momentami męcząca, to jej finał jest niezwykle satysfakcjonujący pod względem emocjonalnym. Duża w tym zasługa świetnie poprowadzonych wątków wewnątrz samej drużyny - rzadko tak bardzo chce mi się zagłębiać w tego typu relacje, po to tylko, aby zobaczyć jak bohaterowie po prostu spędzają ze sobą czas, pijąc w pubie, czy śpiewając na karaoke.
No właśnie, kolejny znak rozpoznawczy tej serii, czyli aktywności poboczne. Niby nie obowiązkowe, ale bardzo angażujące. Ilość ukrytych minigierek jest wręcz absurdalna - gry karciane i hazardowe, wyścigi gokartów, odbijanie piłek baseballowych, próby wykręcenia najlepszych wyników karaoke czy zarządzanie firmą. Na tym ostatnim sam spędziłem jakieś 6-8 godzin, bo tak wkręciłem się w próby stworzenia największej firmy w Jokohamie. Zazwyczaj unikam tego typu zapchajdziur, ale w trudno chyba stwierdzić, że grało się w tę grę bez zagłębiania się właśnie w takie poboczne aktywności.
Pewnie gdybym nigdy wcześniej nie grał w żadnego jprga, to Yakuza: Like a Dragon szybko okazałaby się dla mnie niestrawna, Jednak ograłem ich w życiu przynajmniej z dwadzieścia, więc ta cała meta otoczka bawiła mnie do samego końca. Ta gra ma sporo wad, bywa toporna w swojej powtarzaloności i nieporadna, ale wszystko to rekompensuje unikatowym doświadczeniem. Chyba złapałem bakcyla serii i coś czuję, że niedługo sięgnę po Yakuza: Zero by lepiej poznać się z panem Kazumą.

Rocznica tygodnia
The Legend of Zelda - 40 lat

21 lutego 1986 roku gracze mogli po raz pierwszy wcielić się w ubranego na zielono koleżkę, który wyruszył na pełną niebezpieczeństw przygodę w celu uratowanie tytułowej księżniczki. Pewnie mało kto spodziewał się, że moment, w którym Link podnosi po raz pierwszy miecz, stanowi początek jednej z najwspanialszych serii gier video, która stanie się nieodłącznym elementem kolejnych generacji konsol Nintendo. Oczywiście, pierwsza Zelda dzisiaj sprawia raczej pocieszne wrażenie, ale w kontekście gry z 1986 roku nadal imponuje swoim rozbudowaniem i bogactwem pomysłów, z których część towarzyszy także jej najnowszym odsłonom. Ja sam nie potrafię pisać o tej serii bez wzruszenia, bo snesowe The Link to the Past ogrywane za dzieciaka uświadomiło mi, że gry video mogą być nie tylko fajną rozgrywką, ale prawdziwą przygodą przenoszącą nas do innej rzeczywistości. Jeden z kamieni milowych w moim popkulturowym rozwoju i jedna z nielicznych serii gier, do których żywię prawdziwie gorące uczucia.
