Kusi na Newsletter #45

Paskudni sprzedawcy i nuklearne pustkowia.

Tydzień bez narzekania na AI jest tygodniem straconym. Tym razem paliwa do podsycania ognia niechęci dostarczyło Genie-3, czyli model służący do tworzenia wirtualnych światów, które można eksplorować w czasie rzeczywistym. Nie powinno nikogo dziwić, że nowy twór Google’a największe zamieszanie zrobił w światku gier video. Internet zalały nagrania przedstawiające technologiczne dema nowych gier wytworzonych za pomocą kilku promptów. Mało tego, pojawiają się też filmiki przedstawiające odtworzenia znanych hitów, jak chociażby Zelda: Breath of the Wild. Muszę przyznać, że jest to na swój sposób imponujące i zauważające, ale jednocześnie najzwyczajniej na świecie nudne. Bo podobnie jak miało to wcześniej miejsca z grafikami, zdjęciami i muzyką — to wszystko jest strasznie odtwórcze i szybko zlewające się w nieodróżnialną całość. Jakby gry AAA wcześniej nie miały problemu z dominacją “fotorealistycznej” grafiki nad oryginalnym stylem. Już nie mówiąc o tym, że często są po prostu brzydkie.

Może wchodzę w tryb człowieka krzyczącego na chmury, ale zastanawiam się ,ile może trwać takie zbiorowe zachwycanie się tym, co potrafi jakaś technologia. Zwłaszcza że dostaje ona często o wiele większe fory niż ludzie. Ile razy można cieszyć się tą samą sztuczką, która opiera się na tym samym? Czy może za pięć/dziesięć lat obecne AI slopy nie będą przypałowym symbolem obecnych czasów? Spójrzcie na ten szajs wklejony na górze — czy pasuje on do kreującej się na prestiżową instytucję jaką powinien być bank? No właśnie.

Oczywiście jako osoba zajmująca się pracą kreatywną, jestem w tej kwestii podejrzany, bo siłą rzeczy znajduję się w grupie najbardziej zagrożonej wyginięciem. Jednak tym, co przeraża mnie, nawet bardziej niż przyszły brak pracy, jest karmiony w ten sposób brak zrozumienia albo wręcz pogarda do samego procesu tworzenia czegokolwiek. Marzenie o magicznym przycisku “zrób sztukę” odbiera znaczenie samej drodze docierania do tego, co właściwie chce się stworzyć. Temu całemu procesowi opartemu na próbach, błędach i szukaniu inspiracji. O frustracji wynikającej z blokady oraz haju, jaki dają nagłe momenty olśnienia. To procesy wciąż niemożliwe do podrobienia, z których tworzą się rzeczy prawdziwie autorskie. Po drugie, to w nich tkwi całe piękno tworzenia, efekt to właściwie już tylko wisienka na torcie. Wmawiając ludziom, że mogą robić rzeczy “ot tak po prostu”, odbiera im się szansę na prawdziwie głębokie przeżycie czegoś trudnego do uchwycenia.

No dobra, po tym, pewnie dla niektórych zbyt uniesionym wstępie, zapraszam Was do standardowej części newslettera.

Trailery

The Ghost in The Shell

Jeśli gubicie się już w tym, która z ekranizacji The Ghsost in the Shell jest najbardziej legitna, to teraz sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej. Nowa animowana wersja ma być najbliższa mangowemu pierwowzorowi, a ten teaser wygląda całkiem całkiem, więc chętnie powtórzę sobie historię pani major Kusanagi.

Stranger Things: Tales From ‘85

Wiadomo już, że finał Stranger Things nie oznacza pożegnania z tą marką, czego przykładem jest ten zwiastun. Nie spodziewałem się po nim nic specjalnego, ale wciąż jestem zaskoczone, jak bardzo to nijako się zapowiada. Typowa produkcja “dla fanów” do tego wyglądająca, jakby początkowa miała być grą w stylu Telltale. Ziew.

Tajny agent

Wagner Moura za sprawą tego filmu został pierwszym Brazylijczykiem w historii nominowanym do Oscara za rolę pierwszoplanową. Uwielbiam go od czasów Narcos i czekałem na moment, w którym będzie mógł stworzyć kolejną wielką kreację. Czekam na Tajnego Agenta głównie dla niego, ale wszystko wskazuje, że nie jest on jedynym powodem ku temu.

Newsy

Bad Bunny z przełomową nagrodą Grammy

Wczorajsza gala Grammy przejdzie do historii - po raz pierwszy nagrodę za najlepszy album roku przyznano płycie (DeBÍ TIRAR MÁS FOToS) zaśpiewanej w całości po hiszpańsku.

Po otrzymaniu tej nagrody Bad Bunny wygłosił przemówienie prawie w całości po hiszpańsku, ale jeszcze ciekawsze okazała się jego wypowiedź podczas odbierania statuetki w kategorii "Música urbana". Raper postanowił bezpośrednio skomentować to, co obecnie dzieje sie na ulicach Minneapolis.

"Before I say thanks to God, I'm gonna say ICE out. We're not savage, we're not animals, we're not aliens, we are humans, and we are Americans. The hate gets more powerful with more hate. The only thing that is more powerful than hate is love. So please, we need to be different. If we fight, we have to do it with love. We don't hate them, we love our people and we love our family. And that's the way to do it, with love."

Warto przypomnieć też, że Bad Bunny w tę niedzielę wystąpi w ramach halftime show na tegorocznym Super Bowl. I chyba nie tylko mnie ciekawi, czy tam także postanowi użyć olbrzymiego wydarzenia do krytyki działań amerykańskiego rządu.

Oto filmowi Beatlesi

Tak prezentują się Paul Mescal (Paul MaCartney), Joseph Quinn (George Harrison), Harris Dickinson (John Lennon) i Barry Keoghan (Ringo Starr) jako nowe filmowe wersje Beatlesów. Chciałbym przypomnieć, że to nie zapowiedź jednego, a czterech filmów o każdym z panów z osobna. Za nietypowego projektu stoi Sam Mendes, co pozwala mieć nadzieję na coś rzeczywiście interesującego. Wszystkie cztery filmy będą miały swoją premierę w kwietniu 2028 roku.

Disney ma nowego prezesa

Bob Iger po raz drugi ustępuje z funkcji CEO The Walt Disney Company (teraz chyba już na dobre). Jego następcą zostanie Josh D’Amaro, który dotychczas pełnił funkcję prezesa parków tematycznych i produktów konsumenckich firmy. Sam Iger namaścił go w ten sposób:

“Josh D’Amaro is an exceptional leader and the right person to become our next CEO. He has an instinctive appreciation of the Disney brand, and a deep understanding of what resonates with our audiences, paired with the rigor and attention to detail required to deliver some of our most ambitious projects. His ability to combine creativity with operational excellence is exemplary and I am thrilled for Josh and the company.”

Piękna laurka, ale nie ma się co oszukiwać — na czele Disneya stanie człowiek, którego raczej nie obchodzi kreatywna część firmy, a trzepanie kasy na produktach i atrakcjach turystycznych. Przy okazji na wielu zdjęciach (jak tym powyżej) wygląda jak wampir, więc wszystko jest na swoim miejscu.

Steven Spielberg z EGOT

W niedzielę Steven Spielberg odebrał nagrodę Grammy za wyprodukowany przez siebie dokument The Music by John Williams, przez co dołączył do prestiżowego grona EGOT. To skrót określający twórców mających na koncie wygraną Emmy, Grammy, Oscara oraz Tony. Jest dwudziestą drugą osobą, której udało się to osiągnąć.

Ogłoszono nominacje do Podziemnych Kocurów

21 lutego we wrocławskiej BarBarze odbędzie się peirwsza edycha Podziemnych Kocurów, czyli nowego festiwalu komiksu niezależnego, który zajął miejsce po organizowanych ponad dekadę Złotych Kurczakach. Z festiwalem związany jest konkurs na najlepsze polskie komiksy niezależne ubiegłego roku, a w środę poznaliśmy wszystkich nominowanych. Tutaj muszę przyznać się do prywaty, bo jak widać moje nazwisko znajduje się wśród nominowanych w kategoriach za scenariusz i komiks.

Nominacje w kategorii DEBIUT:

Magda Fidos za scenariusz do komiksu ,,Wyszczekane obrazki: pora na biwak”

Karolina ,,Kajotko” Jankiewicz za ,,Zapis krain znanych #1”

Agata ,,Kwiatka” Kwiatkowska za komiks ,,Nora”

Paweł Mączewski za komiks ,,WREligion”

Eśka Możejko za scenariusz do komiksu ,,Majowe”

Nominacje w kategorii KRÓTKA FORMA:

,,Zaginięcie kutra Fugazi Funk” autorstwa Miko Dołhuna

,,Slurp” autorstwa Mateusza Piątkowskiego i Marty Falkowskiej

,,Uczta” autorstwa Miko Dołhuna i Błażeja ,,grjusza” Kurowskiego

,,Mózg Głęboki” autorstwa Gosi Makockiej

,,Brużka, Mąćwiej i palczaki” autorstwa Marty Michalik

Nominacje w kategorii OKŁADKA:

,,Bakcyl” autorstwa Przemka Jachnika

,,Der Pavor Nocturnus” autorstwa Katarzyny ,,Falauke” Czarnej

,,Love Fool” autorstwa Werki Dobro

,,Nora” autorstwa Agaty ,,Kwiatki” Kwiatkowskiej

,,Polaki Rojal” autorstwa Werki Dobro

Nominacje w kategorii RYSUNEK:

,,Love Fool” autorstwa Werki Dobro

,,Ego” autorstwa Agaty ,,Hopci” Hop

,,Stachanowiec in space vol.2” autorstwa Błażeja ,,qrjusza” Kurowskiego

,,The Caravan” autorstwa Marianny Strychowskiej

,,Wyszczekane obrazki: pora na biwak” Marianny Strychowskiej

Nominacje w kategorii SCENARIUSZ:

,,Der Pavor Nocturnus” autorstwa Katarzyny ,,Falauke” Czarnej

,,Święte księgi” autorstwa Jakuba ,,Dema” Dębskiego

,,Goblinia infolinia, czyli gdzie jeste cegła Czarli? autorstwa Kosmicznej Ekspedycji Kube

,,Droga Jodie…” autorstwa Kajetana Kusiny

,,Roślinny ogródek działkowy” autorstwa Agaty Wawryniuk

Nominacje w kategorii KOMIKS INTERNETOWY:

,,Zapis krain znanych #1” autorstwa Karoliny ,,Kajotko” Jankiewicz

,,Circus” autorstwa Rafy Janko

,,Blank Cartridge” autorstwa Karoliny Margielewicz

,,Święta i Bestia” autorstwa Sinsitry

,,Necros” autorstwa Konrada ,,Koko” Okońskiego

Nominacje w kategorii ANTOLOGIA LUB ZIN:

,,AKT #39”

,,Dreszczyk 5: Pokryte łojem cuda z głębin”

,,Głos. Zin na wiele głosów”

,,Polaki Rojal”

,,Vlepka Zin #3”

Nominacje w kategorii KOMIKS:

,,Droga Jodie…” autorstwa Kajetana Kusiny i Katarzyny ,,Falauke” Czarnej

,,Nora” autorstwa Agaty ,,Kwiatki” Kwiatkowskiej

,,Roślinny ogródek działkowy” autorstwa Agaty Wawryniuk i Roberta Sienickiego

,,Stachanowiec in space vol.2” autorstwa Błażeja ,,Qrjusza” Kurowskiego

,,Święte księgi” autorstwa Jakuba ,,Dema” Dębskiego i Tomasza Spella

Uniwersum Brandona Sandersona w rękach Apple’a

Plotki o ekranowych adaptacjach książek Brandona Sandersona krążą od lat, ale w końcu prawa do nich udało nabyć się Apple. Mowa tu o olbrzymiej transkacji, która dotyczy całego, obszernego uniwersum Cosmere. Mamy tu do czynienia z bezprecedensową sytuacją, bo Sanderson ma mieć pełną kontrolę kreatywną nad każdym aspektem tworzonych w ten sposób filmów i seriali. Na razie zapowiedziano cykl filmów na podstawie Z mgły zrodzonego oraz serial oparty na Archiwum Burzowego Światła. Brzmi to jak wieloletni projekt, którego rozmach może większość innych adaptacje popularnych książek fantasy.

Było oglądane

Fenicki układ

Pogodziłem się już z faktem, że Wes Anderson w mojej ulubionej wersji (tej z Genialnego klanu i Kochanków z Księżyca) odszedł już chyba na dobre. O ile jeszcze w The Grand Budapest Hotel dałem się ponieść jego charakterystycznemu stylowi, to kolejne filmy już zupełnie przestały mnie ruszać. Anderson zamienił w nich historię z prawdziwymi (choć mocno dziwnymi) postaciami na festiwal kukieł granych przez całą armię znanych aktorów, na których wykorzystanie często brakowało pomysłu. Dlatego Fenicki układ okazał się dla mnie całkiem pozytywnym zaskoczeniem, bo obejrzałem go bez nudy towarzyszczącej mi przy ostatnich obrazach reżysera. Może to kwestia tego, że w końcu ponownie mamy do czynienia z jedną , opartą o całkiem konkretny szkielet fabularny historią. Do tego opartej o wątek naprawy relacji na linii ojciec-córka - co prawda skrajnie przerysowanej, ale jak na te warunki całkiem ludzkiej. Zaletą jest także aktorstwo. Benicio del Toro świetnie odnajduje się w swoim antypatycznym bohaterze, ale dla mnie odkryciem tego filmu jest Mia Threapleton, od której nie mogłem oderwać oczu. Fenicki układ to dalej głównie wielki popis wizualnych i muzycznych bajerów oraz parada ludzkich lalek, ale tym razem jest to w jakimś stopniu atrakcyjne i angażujące emocjonalnie. “Mój” Anderson już pewnie nigdy nie wróci, ale tutaj przynajmniej znalazłem jego przebłyski.

Nieśmiertelny

Trochę w temacie Nieśmiertelnego z Cavillem - wierzę, że Stahelski jest osobą, która sprawi, że ten film zostanie zrealizowany w końcu tak, jak trzeba, bo wersja z Lambertem naprawdę broni się głównie nostalgią i muzyką Queen.

Nieśmiertelnego po raz pierwszy powtórzyłem sobie jakieś dwa lata temu i było to dość intensywne przeżycie. Pewnie jak wielu z Was miałem w głowie wyidealizowany obraz tego filmu, według którego mamy do czynienia z epicką, wielowątkową opowieśćią rozciągnięta na całe stulecia. Cóż, rzeczywistość okazała się bardzo brutalna, czego doświadczyłem ponownie, bo w ubiegły weekend obejrzałem ten film jeszcze raz w gronie znajomych.

Zacznijmy od pozytywów - sam pomysł przewodni nadal ma w sobie coś bardzo pociągającego, całość bywa całkiem klimatyczna, muzyka Queen robi robotę, niektóre walki na miecze są świetnie zrealizowane, a Clancy Brown jak Kurgan nie bierze jeńców w swojej wesołek aktorskiej szarży. No to by było na tyle, bo z resztą już tak fajnie nie jest.

Pierwszym co razi w oczy, a właściwie uszy, są koszmarne dialogi - przyciężkawe i pełne patosu, przez co niezamierzenie zabawne. W przeciwieństwie do tych w założeniu dowcipnych, bo te z kolei są w większości żenujące. Sama fabuła też jest zaskakująco mało porywająca - można odnieść wrażenie, że twórcy filmu dołożyli spoor starań, aby uciekać od wszystkich interesujących wątków lub odpowiedzi na pojawiające się pytania. I wiecie, to nie chodzi o umiejętne budowanie tajemnicy, tylko naprawdę widoczne luki zarówno w samej historii, jak i ogólnie pojętym lore. Takie "coś tam zarysujmy, aby nie było, że walą się tymi mieczami po nic". Do tego dochodzi koszmarne aktorstwo (poza wspomnianym Clancym Brownem), zwłaszcza niezwykle drewnanego Christophera Lamberta w roli głównej. No może jeszcze sytuację ratuje jakoś grający na autopilocie Sean Connery.

To wszystko razem sprawia, że dostajemy obraz na tyle gubiący się w swoich własnych założeniach, że aż bardzo atrakcyjny w oglądaniu. Taka esencja wszystkiego co najlepsze i najgorsze w ejtisach. Jednak w żadnej mierze nie jest to dzieło, do rangi którego urosło w zbiorowej świadomości.

The Death of Bunny Munro

W "The Death of Bunny Munro" Matt Smith wciela się w jednego z najbardziej odpychających głównych bohaterów seriali, jakich miałem okazję oglądać.

Adaptacja powieści Nicka Cave'a (ma tu piękne cameo) początkowo może brzmieć jak typowy feel good o ojcu-underdogu, który musi zawalczyć o syna i szczęście. Tytułowy Bunny Munro to obwoźny sprzedawca kosmetyków, nieuleczalny kobieciarz (eufemizm) i wieczny chłopiec. Kiedy jego żona odbiera sobie życie, Bunny musi uciekać przed opieką społeczną ze swoim dziewięcioletnim synem (także nazwanym Bunny).

No dobra, jeśli ustawiliście sobie w głowie ten piękny obraz rodzicielskiego odkupienia, to możecie o nim zapomnieć, bo to historia innego typu. Główny bohater tego mini-serialu to kompletna gnida, która niszczy i zatruwa wszystko, co znajdzie się w jego najbliższym otoczeniu. Zakochany w sobie kreuje się na króla życia, a tak naprawdę budzi co najwyżej litość. Szczególnie odstręczające są wszystkie sceny ukazujące jego problemy z cielesnością. Świetnie ukazane są tutaj sceny momentów "odpalania się" - wystarczy krótkie spojrzenie na kobiecy dekolt, a choroba Bunny'ego przejmuje nad nim kontrolę. Wyobraźcie sobie takiego Hanka Moody'ego z Californication odartego z całej romantycznej otoczki, która buduje wokół niego serial.

Bunny Monroe jest postacią obrzydliwą, ale też cholernie fascynującą do oglądania - ludzkim wcieleniem pięknej katastrofy, od której trudno oderwać wzrok. Jest to możliwe dzięki genialnej kreacji Matta Smitha, który świetnie oddaje dwie strony swojej postaci. Gdy trzeba jest niezwykle charyzmatyczny, przez co jesteśmy w stanie uwierzyć w to, że tyle osób wpada w sidła jego uroku. Z kolei, gdy wpada we wściekłość albo tapla się w emocjonalnym bagnie to zmienia się w kogoś, z kogo padły wszelkie maski. Po drugiej stronie skali stoi słodki Bunny Junior jawiący się jako wcielenie dziecięcej niewinności.

Nie czytałem książkowego oryginału, ale w adaptacji czuć, że jest to opowieść bardzo w stylu Nicka Cave'a. Mam wrażenie, że mogła być to historia z piosenki z Murder Ballads. Może przez to, że ważnym wątkiem jest tu pojawiająca się w wiadomościach postać rogatego mordercy, ewidentnie zmierzającego w stronę bohatera? Znajdziemy tu charakterystyczne dla Cave'a połączenie ludzkiego upadku z poetycką i duchową atmosferą. Bo przy całej swej obrzydliwości, The Death of Bunny Munro jest przepięknie nakręcony i okraszony soundtrackiem autorstwa samego Cave'a i Warrena Ellisa. To smutne oglądać, jak tak piękny świat jest marnowany przez człowieczą słabość.



PS. To tylko sześć, i to dość krótkich odcinków, więc da się obejrzeć w jeden wieczór.

PS2. Matt Smith w różowej koszuli mógłby spokojnie wystąpić w teledysku do The Fifteen Feet of Poor White Snow.

Do obejrzenia na SkyShowtime.

Fallout sezon 2

Trochę nie wiem, kiedy ten sezon właściwie przeleciał. I nie chodzi mi o to, że bawiłem się przy nim tak świetnie, że straciłem poczucie mijającego czasu. Po prostu nie czułem, że przez to osiem odcinków udało się nadbudować poczucie zmierzenia do wielkiego finału tej części historii. Nie jest też tak, że oglądało mi się to jakoś źle. Nadal znajduję w tym serialu bardzo dużo rzeczy, które przypadły mi do gustu. Uważam, że Lucy to świetnie postać, dalej mam czuję sympatię do Ghoula granego przez Waltona Gogginsa i niejednokrotnie cieszyłem japę na te wszystkie mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do gier. Twórcom udaje się często złapać ten specyficzny, makabryczny falloutowy humor. Weźmy na przykład wątek natychmiastowego uzależnienia Lucy od narkotyków — świetne przeniesienie mechaniki growej do serialowej narracji.

Podoba mi się też to, co jest także sporym problemem tego sezonu, czyli wsadzenie do niego kolejnych frakcji i sił. Do pokazanego wcześniej grona dołączają NCR, Legion i Robert House. Dostajemy też informacje o istnieniu Enklawy. Z jednej strony to wszystko fajnie wzbogaca świat przedstawiony, z drugiej daje wrażenie przesytu i powierzchownego traktowania zaprezentowanych atrakcji.. O ile wątek Lucy i Ghoula poprowadzony jest całkiem w całkiem satysfakcjonujący sposób, to droga Maximusa powoduje uczucie niedosytu. Nie mówiąc już o ekipie zamieszkującą Krypty, bo przez większość czasu nie wiedziałem, do czego właściwie mają dążyć.

Myślę, że jednym z powodów takiej sytuacji jest za duży nacisk na historię Coopera rozgrywającą się jeszcze przed atomową zagładą. Owszem, to interesujące rozszerzenie lore i jest tam sporo interesujących pomysłów, ale czasami trudno nie odnieść wrażenia, że jest od ważniejszy od wątków pobocznych rozgrywających się na pustkowiu. Jonathan Nolan i Lisa Joy popełniają chyba ten sam błąd, co przy kolejnych sezonach Westworld i przekładają budowę wielkiej, epickiej historii nad pojedyncze wątki. Przez to zamiast stanowiącego osobny rozdział historii sezonu dostajemy pomost łączący pierwszy sezon z tym, co ma dopiero nadejść. A to nigdy nie służy dobrze produkcji. Dalej jestem ciekawa, co zaplanowali dalej i chętnie sięgnę po następne odcinki, ale kredyt zaufania został nadszarpnięty.

Było czytane

Drzewa

Percival Everett, obecnie jeden z największych kpiarzy amerykańskiej powieści, napisał książkę wręcz perfidną w swoim szyderstwie. Łudząc czytelnika tym, że ma do czynienia z kryminałem, wciąga go do opowieści, która jednocześnie jest przezabawna i przerażająca. Wszystko zaczyna się od morderstwa dokonanego w miasteczku Money w stanie Missisipi. Dość niezwykłego, bo ofiara została pozbawiona jąder, które umieszczono w dłoniach leżących obok zwłok czarnoskórego mężczyzny. To dopiero początek, bo potem sprawy zaczynają robić się coraz bardziej tajemnicze i nadprzyrodzone. Everett pod płaszczem absurdu i satyry przemyca opowieść rozliczeniową, przypominając o potwornych zjawisku linczów na czarnoskórych mieszkańcach Południa, których większość sprawców nigdy nie została pociągnięta do odpowiedzialności. Przy okazji nie czuje żadnych oporów przed karykaturalnym, celowo wrednym ukazaniem rasistowskich mieszkańców amerykańskiej prowincji. Everett gryzie gdzie popadnie, łamie świętości i zasady powieści gatunkowej. Bywa to chaotyczne, ale kiedy postanawia oddać pamięć ofiarom rasowej nienawiści, to robi to z taką chirurgiczną precyzją, że aż trudno nie poczuć guli stającej w gardle. Połączenie kpiny z tak brutalnym przypomnieniem jednego z największych grzechów USA wymaga iście diabelskiego, literackiego sprytu.

Dyspozycja na wypadek śmierci

Jakub Topor od wielu lat buduje swoją pozycję komiksowego kronikarza polskiej rzeczywistości w jej najbardziej obskurwiałej i szarej wersji. Postaci zamieszkujące jego albumy są brzydkie, mają paskudne charaktery i urzeczywistniają wszystkie cechy, które wkurwiają Was u ludzi spotykanych na co dzień. Tym razem połączył siły z Laurą Dobrzyńską, której scenariusz wyjątkowo dobrze pasuje do stylu jego narracji. Autorzy wrzucają nas w sam środek pandemiczno-lockdownego koszmaru, który wszyscy przeżywaliśmy w 2020-2021 roku. Przywracają wspomnienia strachu, niepewności, tęsknoty za międzyludzkim kontaktem, ale też przypominają szurskie jazdy oraz ówczesną rządową narrację. Pod względem mentalnej wycieczki do tego niezbyt przyjemnego okresu Dyspozycja na wypadek śmierci sprawdza się bardzo dobrze. Jak to bywa w komiksach Topora, świetnie sprawdzają się pojedyncze sceny punktujące narodowe przywary i absurdalne zachowania, które podbija jego celowo brzydka, satyryczna kreska. Jednak trochę gorzej sprawdza się główny trzon fabularny, trochę zbyt rozmyty i niekonkretny. Jeśli nie przeszkadza Wam brak zwartej opowieści, a macie ochotę na bezkompromisową satyrę połączoną z rozdrapywaniem pandemicznego strupa, to warto po ten komiks sięgnąć.

Do obczajenia u innych

Cory Doctorow rozmyśla nad pęknieciem bańki AI

Cary Doctorow, pisarz science-fiction, eseista oraz zaskakująco dobry prognosta technologiczny napisał dla The Guardian esej na temat tego, dlaczego jego zdaniem bańka AI niedługo zacznie pękać i jakie konsekwencje będzie to miało dla nas wszystkich. Wiadomo, że to wciąż wróżenie z fusów, ale i tak warto się zapoznać z jego wizją.

Tekst o skomplikowanej historii Scotta Adamsa

Możliwe, że o tym nie słyszeliście, ale niecały miesiąc temu odszedł Scott Adams, czyli twórca pasków komiksowych o Dilbercie. Ostatnimi laty bardziej niż ze swojej twórczości znany był z politycznego zaangażowania po prawej stronie i często kontrowersyjnych komentarzy. Na The Comics Journal pojawił się bardzo interesujący tekst na temat tej skomplikowanej w odbiorze postaci.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera

Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu Buycoffee.to. Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.