- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Kusi na newsletter #43
Kusi na newsletter #43
Parszywy ping-pong i piękna żałoba.
Moi drodzy, dzisiaj ta odsłona newslettera bez jakiegoś konkretnego wstępu. Wiecie, zima, marazm i takie tam. W tym tygodniu treściowo jest chyba na bogato, więc po prostu zapraszam do lektury tego, co tam dla Was przygotowałem. Miłego i do przeczytania za tydzień!
Trailery
Bez wyjścia
Każdy nowy film Chan-Wook Parka to wydarzenie, a do tego tym razem reżyser Oldboya postanowił zabrać się za temat bardziej “przyziemny”, jakim jest koreański system pracy i związana z nim kultura. Sam trailer wygląda, jak na film Parka, zaskakująco “normalnie”, ale można być raczej pewnym, że czeka nas przynajmniej kilka niespodzianek.
The Muppet Show
Wiem, że niedawno wrzucałem trailer rebootu Muppetów, ale jestem tym faktem na tyle przejęty, że bez żalu wrzucam kolejną wersję. Tym razem więcej w niej głównej gościnni programu, czyli Sabriny Carpenter. Ech, niech to się uda i dostanie zielone światło na kolejne odcinki.
Władca much
Lubimy narzekać, że w Polsce często sięga się po nowe wersje adaptowanych już po wielokroć książek, ale i tak daleko nam pod tym względem do Brytyjczyków. Ja tam akurat nie mam z tym problemu, bo uważam, że niektóre historie warto opowiadać wciąż na nowo. A skoro za serialową ekranizację Władcy much zabrał się tym razem współtwórca Dojrzewania, to możemy spodziewać się czegoś bezkompromisowego. Już zacieram rączki na myśl o tym, jak będzie się to nieprzyjemnie oglądało.
Newsy
Travis Scott w zajawce Odyseji

W najnowszej, telewizyjnej zajawce nolanowskiej Odyseji pojawia się postać grana przez Travisa Scotta. Z powodów wiadomych jestem ciekaw reakcji na to jeśli okaże się, że to jakaś większa rola, a nie tylko coś w rodzaju cameo.
Cillian Murphy zagra Voldermorta?

Ralph Fiennes zapytany o to, kogo widziałby jako kolejnego odtwórcę roli Voldemorta, chyba przypadkowo zdradził, że został w niej już obsadzony Cillian Murphy, co możecie zobaczyć na nagraniu podlinkowanym niżej. To może być po prostu zabawna wpadka, ale obsada serialowego Harry’ego Pottera to wdzięczny temat do plotek, więc informacja żyje już własnym życiem.
Pierwsze fotki z nowego Nieśmiertelnego

Henry Cavill podzielił się na swoim Instagramie pierwszymi fotkami z planu nowej wersji Nieśmiertelnego i muszę przyznać, że wyglądają całkiem klimatyczne. Choć najwięcej wiary w ten film wzbudza we mnie fakt, że reżyseruje go Chad Stahelski, czyli mistrz odpowiedzialny za wszystkie części Johna Wicka. Dalej trudno mi uwierzyć, że ten film naprawdę w końcu powstaje, bo w mojej głowie nadal kataloguję go jako projekt uwięziony w wiecznej zapowiedzi.

Kanye West oficjalnie przeprasza za swoje zachowanie

Kanye West znowu zaskakuje, ale tym razem w inny sposób niż dotychczas.
Ye wykupił całą reklamową stronę poniedziałkowego wydania Wall Street Journal, aby zamieścić na niej list, w którym przeprasza za swoje skandaliczne zachowania w ostatnich latach. Raper przyznaje się w nim, że cierpi na Chorobę Afektywną Dwubiegunową, i w czasie swoich najgorszych zachowań był w etapie manii.
Sprawa na pewno jest wielowymiarowa, ale skupmy się na jej pozytywnym aspekcie, jakim może być wpływ na potencjalnie olbrzymią liczbę chorych, których tego typu deklaracja może zachęcić do zgłoszenia się po specjalistyczną pomoc.
Całą treść listu znajdziecie poniżej.
"To Those I’ve Hurt:
Twenty-five years ago, I was in a car accident that broke my jaw and caused injury to the right frontal lobe of my brain. At the time, the focus was on the visible damage — the fracture, the swelling, and the immediate physical trauma. The deeper injury, the one inside my skull, went unnoticed.
Comprehensive scans were not done, neurological exams were limited, and the possibility of a frontal-lobe injury was never raised. It wasn’t properly diagnosed until 2023. That medical oversight caused serious damage to my mental health and led to my bipolar type-1 diagnosis.
Bipolar disorder comes with its own defense system. Denial. When you’re manic, you don’t think you’re sick. You think everyone else is overreacting. You feel like you’re seeing the world more clearly than ever, when in reality you’re losing your grip entirely.
Once people label you as “crazy,” you feel as if you cannot contribute anything meaningful to the world. It’s easy for people to joke and laugh it off when in fact this is a very serious debilitating disease you can die from. According to the World Health Organization and Cambridge University, people with bipolar disorder have a life expectancy that is shortened by ten to fifteen years on average, and a 2x-3x higher all-cause mortality rate than the general population. This is on par with severe heart disease, type 1 diabetes, HIV, and cancer — all lethal and fatal if left untreated.
The scariest thing about this disorder is how persuasive it is when it tells you: You don’t need help. It makes you blind, but convinced you have insight. You feel powerful, certain, unstoppable.
I lost touch with reality. Things got worse the longer I ignored the problem. I said and did things I deeply regret. Some of the people I love the most, I treated the worst. You endured fear, confusion, humiliation, and the exhaustion of trying to have someone who was, at times, unrecognizable. Looking back, I became detached from my true self.
In that fractured state, I gravitated toward the most destructive symbol I could find, the swastika, and even sold T-shirts bearing it. One of the difficult aspects of having bipolar type-1 are the disconnected moments — many of which I still cannot recall — that led to poor judgment and reckless behavior that oftentimes feels like an out-of-body-experience. I regret and am deeply mortified by my actions in that state, and am committed to accountability, treatment, and meaningful change. It does not excuse what I did though. I am not a Nazi or an antisemite. I love Jewish people.
To the black community — which held me down through all of the highs and lows and the darkest of times. The black community is, unquestionably, the foundation of who I am. I am so sorry to have let you down. I love us.
In early 2025, I fell into a four-month-long manic episode of psychotic, paranoid and impulsive behavior that destroyed my life. As the situation became increasingly unsustainable, there were times I didn’t want to be here anymore.
Having bipolar disorder is notable state of constant mental illness. When you go into a manic episode, you are ill at that point. When you are not in an episode, you are completely ‘normal’. And that’s when the wreckage from the illness hits the hardest. Hitting rock bottom a few months ago, my wife encouraged me to finally get help.
I have found comfort in Reddit forums of all places. Different people speak of being in manic or depressive episodes of a similar nature. I read their stories and realized that I was not alone. It’s not just me who ruins their entire life once a year despite taking meds every day and being told by the so-called best doctors in the world that I am not bipolar, but merely experiencing “symptoms of autism.”
My words as a leader in my community have global impact and influence. In my mania, I lost complete sight of that.
As I find my new baseline and new center through an effective regime of medication, therapy, exercise, and clean living, I have newfound, much-needed clarity. I am pouring my energy into positive, meaningful art: music, clothing, design, and other new ideas to help the world.
I’m not asking for sympathy, or a free pass, though I aspire to earn your forgiveness. I write today simply to ask for your patience and understanding as I find my way home.”
With love,
Ye"
Gra edukacyjna stworzyła maskotkę brytyjskiej skrajnej prawicy

Całkiem możliwe, że w ostatnim czasie mogliście zauważyć pojawiające się w Internecie memy/AI slopy przedstawiające pewną fioletowłosą niewiastę, którą upodobali sobie przedstawiciele internetowej prawicy.
Popularność Amelii, bo tak nazywa się dziewczyna, ma dość przewrotne źródło-pochodzi z Pathways, mocno nieudolnej edukacyjnej mini-gierki wypuszczonej przez brytyjski rząd. Gracz wybiera w niej nastolatka lub nastolatkę o imieniu Charlie. Charlie staje przed sześcioma sytuacjami związanymi z pewnymi ekstremistycznymi zachowaniami. Do wyboru ma trzy opcje (to wszystko, co jest do zrobienia), które pokazują alternatywne zakończenia sytuacji. I tyle, całość jest bardzo łopatologiczna i mi przypomina filmy edukacyjne o policjancie z magicznym zegarkiem (stamtąd pochodzi “Ty jesteś moim kotkiem”), którymi katowali nas w podstawówce. I choć w założeniu ma chronić dzieciaki przed propagandą, sama sprawia wrażenie narzędzia indoktrynacji.
No dobra, ale co to ma wspólnego z fioletowłosą dziewoją? To występująca w kilku scenariuszach, posiadająca ekstremistyczne poglądy przyjaciółka bohatera/bohaterki, która proponuje różne aktywności, takie jak, chociażby udział w antyimigranckiej manifestacji. Problem w tym, że Amelia jest jedynym elementem Pathways, który jest "jakiś", więc siłą rzeczy budzi zainteresowanie. Sama gra stała się obiektem kpin i memem, a Amelia jej przejętą przez prawicę maskotkę, której popularność wciąż rośnie.
Cytując klasyka — kurde, miało wyjść inaczej.
A jakby ktoś chciał sprawdzić samo Pathways, to może to zrobić o tu:
Bruce Springsteen wypuścił protest song o działaniach ICE
Bruce Springsteen to jednak rzeczywiście jest SZEF. Kiedy większośc amerykańskich artystów milczy w sprawie poczynań trumpowskiego ICE w Minneapolis on postanowił nagrać o tym piosenkę. I to taką, w której nie gryzie się w język, nie bojąc się wymieniać konkretnych nazwisk, w tym samego Trumpa. Sam napisał o niej tak:
“I wrote this song on Saturday, recorded it yesterday and released it to you today in response to the state terror being visited on the city of Minneapolis. It’s dedicated to the people of Minneapolis, our innocent immigrant neighbors and in memory of Alex Pretti and Renee Good.
Stay free, Bruce Springsteen
Było oglądane
Wielki Marty

Wielki Marty przypomina nam o tym, że determinacja i chęć zrealizowania swoich marzeń mają w sobie wielką moc. Problem w tym, że do tej energii mają dostęp wszyscy, także ci, którzy raczej nie zasługują na zwycięstwo.
O ile w The Smashing Machine Benny Safdie próbował na nowo szukać (z takim se skutkiem) swojego języka filmowego, tak w Wielkim Martym Josh Safdie kontynuuje drogę, jaką rozpoczął w projektach stworzonych wraz z bratem. Ponownie opowiada o antypatycznym bohaterze i celowo drażni widzów wszelkimi możliwymi sposobami. I znowu tworzy w ten sposób film, od którego nie można się oderwać, choć w czasie jego trwania poczucie dyskomfortu przekracza stan krytyczny.
Podążając kluczem siedmiu grzechów głównych, można stwierdzić, że postać Roberta Patinnsona w Good Time symbolizowała lenistwo a protagonista Nieoszlifowanych diamentów reprezentował sobą chciwość. Natomiast grzechem Marty'ego Mausera jest zdecydowanie pycha. To człowiek posiadający tylko jedno marzenie — chce zostać największym graczem ping ponga w historii. Nic innego się nie liczy, a on zrobi wszystko, aby osiągnąć swój cel. Wliczając w to oszustwa, kradzież i narażanie bezpieczeństwa najbliższych. Jest przy tym nieznośnie pewny siebie i pozbawiony najmniejszej krztyny autorefleksji.
Josh Safdie w szyderczy sposób bawi się jednym z podstawowych mitów współczesnego zachodu, ten o underdogu, który wbrew wszystkim przeciwnościom losu wciąż próbuje sięgnąć po swoje. Perfidnie wykorzystuje wbudowane w nas kulturowe mechanizmy sprawiające, że kibicujemy takiej postaci w sposób wręcz podświadomy. Wiedząc, że Marty Mauser nie jest osobą zasługującą na szczęśliwe zakończenie, jednocześnie nadal łapiemy się, że chcemy je zobaczyć. Powstały w ten sposób zgrzyt jest jedną z sił napędowych całego filmu.
Mimowolna chęć zobaczenia, jak Mauser osiąga swój cel, wynika także z pewnego utoższamienia się za sprawą poczucia litości. Podobnie jak w swoich poprzednich dziełach Safdie stosuje wybitnie irytujący zabieg — właściwie wszystko, co robi bohater tak naprawdę coraz bardziej oddala go od zadania, sprowadzając w jego życie coraz większy chaos. Częściowo wynika to z durnych decyzji, ale też najzwyczajniejszego na świecie pecha. I obserwując ten wielki pożar w burdelu trudno nie przypomnieć sobie własnych sytuacji, w których wszystko wydawało się nie iść po naszej myśli.
W ten dysonans związany z głównym bohaterem świetnie wpisuje się także grający go Timothée Chalamet. Widać to już po samym wyglądzie — dziewiczy wąsik, grube brwi przypominające mewę i niezbyt hollywoodzka cera sprawiają, że trudno go traktować go na poważnie. Jednocześnie, kiedy Chalamet odpala swoją aktorską charyzmę, to ta przepływa na jego szczurowatą postać.
Wielki Marty to dwie i pół godziny fabularnego i narracyjnego chaosu, po którym prawdopodobnie będziecie na równi wytyrani, jak zachwyceni. Seans, który zostawi z poczuciem, że ktoś solidnie z Was zakpił, ale z jakiegoś powodu bardzo się Wam to podoba. Czyli zrobi dokładnie to, czego powinno oczekiwać się od kina podpisanego nazwiskiem Safdie.
Hamnet

Hamnet to dla mnie rzadki rodzaj filmu, po obejrzeniu którego stwierdzam, że potrzebuję jeszcze jednego seansu, aby upewnić się co do swojej opinii na jego temat.
I nie chodzi o to, że czegoś w nim nie zrozumiałem, bo prostota (ale nie prostactwo) tej opowieści jest jedną z jej zalet. To przypadek, w którym sam do końca nie wiem, czemu nie wywołał we mnie takiej reakcji emocjonalnej, jak u wielu innych widzów. W teorii wszystko jest na swoim miejscu - to obraz wybitny pod względem aktorskim (serio Jesse Buckley wejdzie tą rolą do panteonu), przepięknie zrealizowany i urzekający nieśpieszną, wręcz poetycką atmosferą. Jest też przepełniony emocjonalną szczerością i delkatnością.
Do tego należę do osób raczej podatnych na kinowe wzruszenia, więc powinien wchłonąć ten film na pełnym emocjonalnym roztrzęsieniu. A jednak tym razem z jakiegoś powodu nie pykło i całość obejrzałem raczej na spokojnie, bez szczególnych uniesień. I mam na ten temat teorie. Jedna jest taka, że Hamnet jest w tym wszystkim filmem dla mnie aż zbyt warsztatowo wymuskanym, przez co pozbawionym potrzebnych mi do szczerego przeżywania chropowatości. Jest warsztatowo aż zbyt wyśmienity, abym mógł uznać go za wybitny. Ot, taka osobista fanaberia.
Druga opcja zakłada, że po prostu to nie był mój dzień na pełne emocjonalne zaangażowanie. Chyba często nie chcemy się przyznać do tego, ile przy odbieraniu jakiegoś dzieła ma do powiedzenia nas obecny stan. Oczywiście fajnie udawać, że zależy to tylko wyłącznie od naszej chłodnej oceny, ale czasami wystarczy jakaś pierdoła, aby wybić nas z odpowiedniego rytmu. Zwłaszcza kiedy mowa o kinie tak mocno opartym na czuciu.
Dlatego właśnie myśl o ponownym seansie, w celu sprawdzenia własnego odbioru. Istnieje możliwość, że w innym stanie poczuję prawdziwą emocjonalną więź. Godzę się też z wizją, że to może jednak jeden z tych przypadków, w których do gry wchodzą czynniki wymykające się łatwemu zaszufladkowaniu. Jest to w pewien sposób draźniące, bo aż zazdroszczę wszystkim, którym Hamnet zafundował tak silne emocjonalne oczyszczenie.
Było czytane
Gołoborze

Jakiś czas temu przeczytałem, chyba u Ziemowita Szczerka, że jeśli ktoś szuka wielkiej, gatunkowej polskiej powieści to powinien sięgnąć po kryminały Macieja Siembiedy. Postanowiłem tak zrobić i zabrałem się za słuchanie jego ostatniej książki. I o ile Gołoborze nie jest raczej klasycznym kryminałem (choć trup ścieli się gęsto), to na pewno można nazwać je wielką powieścią. To rozciągająca się na prawie sto trzydzieści lat saga dwóch nienawidzących się rodzin z pewnej świętokrzyskiej wsi. Kolejni członkowie rodów Cebrzynów i Kończaków stają się ofiarami wzajemnych podłości oraz napędzającej się spirali zemsty. Siembieda łączy ich dzieje z kolejnymi kluczowymi etapami w historii Polski (od powstania listopadowego do upadku komunizmu), co świetnie buduje kontrast pomiędzy tym, co zmienne, a tym co wydawać by się mogło wieczne. Do tej drugiej kategorii można zaliczyć ludzką podłość i okrucieństwo, które w Gołoborzu występują w ilościach hurtowych. Trudno nie śledzić tej historii ze ściśniętym gardłem, kiedy czyta się (albo słucha jak w moim przypadku) o kolejnych tragediach, których spokojnie można byłoby uniknąć, gdyby nie napędzana przez dekady nienawiść. Nie jest to lektura łatwa, ale z całą pewnością imponująca i na wskroś przejmująca.
Było grane
Indiana Jones i Wielki Krąg

Rzadko zdarza się, aby gra oparta na jakiejś znanej serii filmowej tak dobrze oddawała jej ducha, jednocześnie nie idąć na znaczące ustępstwa w kwestii rozgrywki. Twórcy nowej cyfrowej wersji przygód archeologa-awanturnika wzięli większość charakterystycznych elementów stojących za jego sukcesem i skrupulatnie przenieśli je tak, aby sprawdzały się także jako gra video. Eksplorując kolejne starożytne ruiny i strzelając nazistów z bicza można poczuć się jak dzieciak bawiący się w swojego ulubionego bohatera. Duch Indiany Jonesa jest tu wszechobecny i to bardziej niż w Królestwie Kryształowej Czaszki czy Artefakcie przeznaczenia. Zazwyczaj preferuje widok trzeciej osoby od tego FPP, ale tutaj muszę przyznać, że wpływa to świetnie na poczucie imersji. Mam do tej gry trochę uwag, bo uważam że za często zmusza nas do skoków w bok (segmenty związane z szukaniem kasy w nazistowskim obozach), a elementy skradankowe-akcyjne potrafią być irytujące, ale kiedy Wielki Krąg skupia sią na tych najbardziej jonesowych motywach, to robi to po mistrzowsku. Polecam wszystkim czującym zew przygody w starym, awanturniczym stylu.
Warto wspomnieć, że jeśli ktoś posiada abonament Amazone Prime, to może zagrać za sprawą Amazon Luna, czyli ich usłudze streamingowej. Wystarczy zainstalować apkę na telewizorze i podłączyć pada.
Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera
Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu Buycoffee.to. Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.