Kusi na newsletter #42

Ocaleli szaleńcy i rodzinne nudy.

Wraz ze wczorajszymi nominacjami można oficjalnie stwierdzić, że właśnie rozpoczął się sezon oscarowy. I jak co roku przy tej okazji pojawiają się te same dyskusje o tym, czy w Oscarachw ogóle chodzi o jakość nominowanych i nagradzanych filmów. Nie chcę mi się ich czytać, bo argumenty padają zazwyczaj te same, a przodują w nich mitologizacja czasów minionych (kiedy te złote statuetki “coś znaczyły”) i biadolenie na niszczącą wszystko poprawność polityczną. To ostatnie w tym roku trafia na żyzny grunt, bo w końcu najwięcej (sześnaście) nominacji ( i to w całej historii tych nagród)trafiło do Grzeszników, czyli filmu, w którym toższamość rasowa rzeczywiście stanowi jego sedno.

A do jakiego grona należę ja? Na Oscary patrzę dwojako. Lubię tę atmosferę plebiscytu i czuję pewną ekscytację, kiedy nagrody dostają lubiane przeze mnie filmy. Jednak im jestem starszy, tym bardziej jarają mnie właśnie te wszystkie elementy, które nie są związane z samą artystyczną częścią produkcji biorących udział w konkursie. Oscary są dla mnie o wiele ciekawsze jako pewnego rodzaju punkt zaznaczający to, gdzie w danym momencie znajdował się amerykański (ale też nie tylko) przemysł filmowy, a po części też całe społeczeństwo. I działo się tak właściwie od ich od początku. Możnaby wspomnieć chociażby o staraniach Franka Capry w latach trzydziestych i czterdziestych, Donalda Trumbo otrzymującego Oscary pod pseudonimem z powodu swoich lewicowych sympatii, kontrowersyjnej wygranej Nocnego Kowboja, czy mega brutalnych kampanii Weinsteinów w latach dziewięćdziesiątych. Owszem, dla ludzi preferujących krytyczne spojrzenie na sztukę, to tylko argument potwierdzający ich niechęc. Jednak dla tych lubujących się w historii jest to istotny wyznacznik. I najlepsze jest to, że obie strony mają w sumie rację. Przy okazji - tym chcącym zgłębić dzieję Oscarów polecam wyśmienitą książkę Oscarowe wojny, wydaną u nas dwa lata temu przez Marginesy.

Po tym oscarowym wstępie zapraszam do lektury właściwiej części tej odsłony newslettera.

Trailery

Panna młoda!

Poprzedni trailer nowego filmu Maggie Gyllenhall skupiał się raczej na pokazaniu klimatu i nie zdradzał za dużo na temat samej fabuły. Ten jest o wiele bardziej klasyczny, więc jak ktoś chce unikać spoilerów, to niech sobie już poczeka na film (premiera 6 marca). Jaram się i czekam niezmiennie. Swoją drogą, ten rok zapowiada się na naprawdę przełomowy dla Jessie Buckley, biorąc pod uwagę, że pewnie zgarnie tego Oscara za rolę w Hamnecie.

Masters of the Universe

Zajawka nowej adaptacji przygód He-Mana wygląda głupkowato i kiczowato, więc wszystko jest na swoim miejscu. A tak na poważnie - to mam wrażenie, jakbym oglądał kolejną zapowiedź filmu MCU, z rodzaju tych sprzed dziesięciu lat, z Thor: Ragnarok na czele, co w sumie pasuje do tej konwnecji. Jednak patrząc na to, że Szkieletora gra objęty boxofficową klątwą Jared Leto, to już teraz można zakładać, że będzie to finansow klapa.

Lesbijska księżniczka z kosmosu

Ominąłem ten film na zeszłorocznym Octopus Film Festival, czego żałuję, bo opinię znajomych były bardzo pozytywnie. Pomijając cały absurd historii podkreślali, że fajnie zobaczyć w końcu jakąś szaloną animację dla dorosłych, która nie podąża cynicznym szlakiem Ricka i Morty’ego tylko zawiera pozytywny przekaz. Do kin trafi w walentynkowy weekend, więc jak szukaliście pomysłu na nietypową randkę, to już nie musicie tego robić.

Newsy

Kathleen Kennedy już nie rządzi Gwiezdnymi wojnami

To jedna z największych zmian w uniwersum Gwiezdnych wojen od momentu, w którym franczyza została przejęta przez Disneya w roku 2012. Po trzynastu latach z funkcji prezesa Lucasfilm odchodzi Kathleen Kennedy. Przez ten czas stała się symbolem wszystkiego tego, co złego stało się z tą marką w tym czasie. Jej stanowisko przejmują Dave Fioni (obecny dyrektor kreatywny) oraz Lynwenn Brennan (dyrektorka do spraw biznesowych i operacji). Część fanów jest zachwycona i ma nadzieję na nowe rozdanie, ale ja wstrzymałbym się z entuzjazmem, bo szybko się może okazać, że problemy gwiezdnowojennego uniwersum nie były związane z decyzjami tylko jednej osoby.

Netflix zapowiedział nową ekranizację Nocy i dni

Polski oddział Netfliksa ewidentnie widzi potencjał w nowych wersjach adaptacji literackiej klasyki. W końcu trwają pracę nad Lalką (przypominam, że to niezależna produkcja od filmu), a teraz ogłoszono, że doczekamy się także streamingowej odsłony Nocy i dni na podstawie powieści Marii Dąbrowskiej. Netflix znowu mierzy się z legendą polskiej kinematografii, bo pochodzący z roku 1975 obraz w reżyserii Jerzego Antczaka był nominowany do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Za reżyserię współczesnej, serialowej wersji ma odpowiadać Kamila Tarabura.

PS. Główną rolę męską ma zagrać Tomasz Schurchadt, co biorąc pod uwagę fakt, że będzie grał też netfliksowego Wokulskiego, robi się już trochę absurdalne.

Kill Bill: The Whole Bloody Affair trafi do polskich kin

Miłośnicy Quentina Tarantino powinni sobie zarezerwować czas w weekend 20-22 lutego, bo wtedy w polskich kinach będzie można obejrzeć Kill Bill: The Whole Bloody Affair, czyli połączoną, odpowiednio przemontowaną (oraz wzbogacone nową wstaką anime) wersje kultowej dylogii. Podobno to właśnie w ten sposób Tarantino wyobrażał sobie Kill Billa od początku. Seans ma trwać 281 minut, czyli prawie pięc godzin, ale bojących się o swoje tyłki może pocieszy fakt, że wpisana będzie w niego piętnastominutowa przerwa.

Wielki Marty z rekordem dla A24

Wielki Marty stał się najlepiej zarabiającym filmem A24 w Ameryce Północnej. Obecnie (stan na 21.01) film Josha Safdiego zarobił już ponad 80, 000, 000 dolarów. W ten sposób już pobił poprzedniego rekordzist studia, czyli Wszystko, wszędzie, naraz (77 000 000 dolarów). Co prawda hit Danielsów nadal zarobił więcej na całym świecie, ale nie zapominajmy, że w wielu krajach (w tym w Polsce) Wielki Marty nie miał jeszcze oficjalnej premiery. To świetny wynik, ale biorąc pod uwagę, że produkcja kosztowała około 70 000 000 dolarów, to nie można jeszcze mówić o wielkim finansowym sukcesie.


Trzeci Avatar spiracony w rosyjskich kinach

Podobno trzeci Avatar trafił nielegalnymi kanałami do rosyjskich kin. Jednak obywatele zbrodniczego reżimu nie mogą cieszyć się nowym filmem Camerona w wysokiej jakości: wyświetla im się wersję nagraną z przyczajki w kinie, do tego przez kogoś z mocno trzesącą się łapą. Za taką przyjemność trzeba zapłacić równowartość 100 zł.

Tomasz Spell udostępnił swój porzucony komiks

Jakiś czas temu Tomasz Spell zasmucił fanów polskiego komiksu informacją na temat porzucenia prac nad swoim najnowszym albumem zatytułowanym Bajzel. Po dwóch latach pracy autor był zniego na tyle niezadowolony, że postanowił zacząć go zupełnie od nowa. W końcu postanowił jednak wrzucić porzucony projekt do sieci, do ściągnięcia zupełnie za darmo (w ramach ewentualnej zapłaty autor prosi o wpłatę na jakąś instytucję charytatywną). Warto zaznaczyć, że mowa nie o jakiś luźnych szkicach, tylko prawie skończonym, liczącym 173 strony albumie. Grzech nie skorzystać.

Całość możecie ściągnąć o tutaj

Było oglądane

Father, Mother, Sister, Brother

W teorii Father, Mother, Sister, Brother ma wszystko, czego powinno się oczekiwać od epizodycznego filmu Jarmuscha. Trzy osobne historie powiązane motywem przewodnim (sztuczność relacji rodzinnych), w których charakterystyczni bohaterowie prowadzą pozbawione wyraźnego celu rozmowy. Jarmusch już wielokrotnie pokazywał, że potrafi to znaczeniowe rozmycie zmienić w stan czystego filmowego trwania. Za młodu więcej w tym było przewrotności i zgrywy, a im robił się starszy tym bardziej do głosu dochodziła poetycka medytacja, w której brak celowości stawał się sednem. Nie zawsze wychodziło mu to równie dobrze, ale był w tym swoim własnym stylu trudny do podrobienia. A przecież wielu próbowało.

Problem w tym, że oglądając Father, Mother, Sister, Brother można się poczuć, jakby do grona naśladowców Jarmuscha dołączył on sam. Wszystko sprawia tu wrażenie wynikającego nie z artystycznego czucia, ale bardzo dobrze przemyślanej próby jego odtworzenia. Efektem jest męcząca sztuczność - owszem pewnie zamierzona, ale pozbawiona tej dodatkowej warstwy, która pozwalałaby się w niej zanurzyć bez zgrzytów. I paradoksalnie jednym z większych problemów może być to, że jest to film technicznie zrealizowany zbyt poprawnie. Dostajemy super jakość obrazu, kadry i cięcia mające podkreślić emocje przeżywane przez bohaterów. A przecież w tych bardziej udanych, i zwłaszcza starszych, obrazach Jarmuscha ta niepokorność kamery była ich nieodłącznym elementem. Brakuje tutaj stanowczo za długich ujęć czy skoków w bok, jakby reżyser zauważył coś ciekawego poza właśnie nagrywaną sceną.

Widać to także w grze aktorskiej, która też niby ma w sobie charakterystyczne dla jarmuchowego kina elementy, ale te nie sprawdzają się w tak ściśle kontrolowanym środowisku. W tak zapakowanym otoczeniu nie sprawiają wrażenia, jakby aktorzy sami się zagubili w niezręcznych sytuacjach, jakie musieli odgrywać, tylko po prostu odwalali swoje zadania. W ten sposób bliżej im kukłom z ostatnich filmów Wesa Andersona. Scenariuszowo można też ponarzekać, że Jarmusch opowiada kilka razy ten sam, mało odkrywczy żart, ale wydaje mi się, że dałoby się to jeszcze obronić, gdyby opakować je w pasującą formę.

W Father, Mother, Sister, Brother Jarmusch oferuje widzom wyprawę do krainy niezręczności wynikającej z wymuszonej odgórnie sieci przywiązań. Problem w tym, że sadza ich na nowiutkim fotelu, a tu przydałby się taki, w którym stara sprężyna co chwilę przypomina o sobie wbijając się w tyłek.

28 lat później: Świątynia kości

Wszyscy powinniśmy być jak doktor Kelson.

Pod względem formalnym 28 lat później: Świątynia kości jest filmem o wiele spokojniejszym niż poprzednik w reżyserii Danny'ego Boyle'a. Nie znajdziemy tu przebitek z kronik propagandowych, czy celowo wybijającego z rytmu montażu. Nia DaCosta zdecydowanie stawia na zwartą narrację.

Jednak nie znaczy to, że skręca w ten sposób w stronę mainstreamowego wygładzenia, bo dalej czasami trudno uwierzyć, że wytwórnia zgodziła się na niektóre sceny w swojej wysokobudżetowej produkcji. Szczególnie dotyczy to momentów drastycznych, bo sposób ukazania okrucieństwa i przemocy zbliża się już do rejonów kina gore. Trudno mi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałem na ekranie kinowym tak brutalne obrazy.

Świątynia kości z jednej strony bywa odpychająca, ale z drugiej często jest też wręcz przezabawna, a powstała w ten sposób groteska pasuje do nastroju całej opowieści, która opiera się na skrajnościach. W gruncie rzeczy to makabryczna baśń opowiadająca o zderzeniu skrajnego nihilizmu z niezachwianym humanizmem. Ten pierwszy reprezentuje sobą szalony Sir Lord Jimmy Crystal ze swoją krwiożerczą bandą, ten drugi uosabia znany już z poprzedniej części doktor Ian Kelson, który zresztą wyrasta na jedną z moich ulubionych popkulturowych postaci ostatniej dekady. Duża w tym zasługa wspaniałego Ralpha Fiennesa. Kto by pomyślał, że grając biegające prawie nago, do tego cały obsmarowany jodyną stworzy jedną z ciekawszych kreacji w swojej karierze. I choć przez większość czasu gra w sposób bardzo stonowany, to dostaje moment pozwalający mu kompletny aktorski odpał, ale to już musicie zobaczyć sami.

Choć film DaCosty zdecydowanie mnie uwiódł, to jednak czuć w nim pewne problemy wynikające z faktu, że mamy do czynienia z drugą częścią trylogii. Sam główny wątek sprawia wrażenie questu pobocznego. Jakby reżyserkę i odpowiedzialnego za scenariusz Alexa Garlanda bardziej interesowało dokładne przedstawienie okrucieństwa Jimmych i spokojne sceny ukazujące nietypową misję doktora Kelsona. Ma to swój urok, ale czasami jednak czuć, że sama historia jest trochę zbyt wątła.

28 lat później wyrasta na jedną z najbardziej zaskakujących i bezkompromisowych filmowych trylogii ostatni lat. Jestem szalenie ciekaw tego, w jaką stronę pójdą twórcy trzeciej części, bo ewidentnie mają pełną swobodę przy swoich wyborach kreatywnych. Proszę o jak najwięcej tego rodzaju kina w mainstreamie.

Paw zwyczjany

Zgryźliwa satyra na społeczeństwo wymagające od nas ciągłej kreacji, przez którą łatwo zatracić poczucie własnego ja. Główny bohater, Matthias ma dość nietypowy zawód - jest towarzyszem do wynajęcia na specjalne okazje. Potrzebujesz chłopaka olśniewającego znajomych? Syna, który podniesie prestiż Twojego przyjęcia? A może kogoś, kto przyjdzie do szkoły i będzie udawał Twojego ojca przed klasą? Matthias świetnie wcieli się w każdą z tych ról. Problem zaczyna się, kiedy bohater odkrywa, że przez tę ciągłą zawodową maskaradę stracił własną osobowość, co jest startem bardzo intensywnego kryzysu egzystencjonalnego. Choć punkt wyjściowy jest tu mocno absurdalny, a protagonista trudny do polubienia, to Paw zwyczajny świetnie punktuje współczesne lęki i często uderza w samo miękkie. To rodzaj szyderstwa, które pomimo scen humorystycznych nie wywołuje na twarzy uśmiechu, a raczej uczucie skrępowania i oporu przed przyznaniem się, że też należymy do wyśmiewanego tu grona. Widać w tym filmie wielką inspirację kinem Rubena Östlunda czy wczesnym Lanthimosem, ale czuć też, że Bernhard Wenger ma do zaoferowania swoją autorską wizję. Warto obejrzeć, a potem bacznie przyglądać się rozwojowi jego kariery.

Do obejrzenia na VOD Nowe Horyzonty.

Było czytane

Nawet nas tu nie ma

Album (powstały jako praca dyplomowa na warszawskiej ASP) Filipa Jędrzejewskiego otrzymał nagrody dla najlepszego debiutu na zeszłorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Ustawia to specyficzną percepcję, ale mamy do czynienia z rzeczą, która radzi sobie dobrze także bez łatki dzieła debiutanta. To ubrana w kostium science-fiction opowieść o pozbawionym celu w życiu młodym mężczyźnie, który właśnie odbębnia trzy lata służby na marsjańskiej kolonii, gdzie jego jedyną rozrywką są spotkania ze starą przyjaciółką w cyfrowej symulacji. Wszystko zmienia się, kiedy na stacji pojawia się pewna dziewczyna, z którą bohater zaczyna się spotykać także w wirtualnej rzeczywistości. Sajfajowa otoczka jest tu fabularnie istotna, ale służy raczej jako tło do snucia opowieści o zagubieniu młodych dorosłych w świecie, w którym to, co prawdziwe jest właściwie nieodróżnialne od sfery cyfrowej. Jest to rzecz w dużej mierze oparta na tekście, w ten sposób przypominająca trochę filmy z nurtu mumblecore. Możnaby ponarzekać, że jest wręcz przegadana, ale muszę oddać Jędrzejewskiego, że ma bardzo dobre ucho do dialogów i pisze je w sposób żywy oraz naturalny. W ten sposób komiks nadrabia brak fajerwerków w warstwie graficznej, która jest dość nijaka - spełnia swoje zadanie i dobrze służy prowadzeniu historii, ale zupełnie nie zapada w pamięci. Życzę autorowi, aby wykrystalizował trochę bardziej wyrazisty styl, który dorównałby poziomem do jego umiejętności operowaniu językiem. Jednak już teraz Nawet nas tu nie ma stawia go wśród najbardziej obiecujących nazwisk młodego pokolenia polskich komiksiarzy.

Postaw kawkę i wesprzyj powstawanie tego newslettera


Jeśli podoba Wam się moja twórczość (np. ten newsletter) i chcielibyście wspomóc jej powstawanie, to możecie zrobić to np. przez postawienie mi symbolicznej kawki (8zł) na portalu Buycoffee.to. Każda wpłata dużo dla mnie znaczy i pomaga mi w dostarczaniu Wam kolejnych tekstów. Z góry dzięki za kawusię.