- Kajetan's Newsletter
- Posts
- Kusi na Newsletter #51
Kusi na Newsletter #51
Zmagania o pracę i wychowacze kontrowersje.
Tegoroczne Oscary przejdą do historii dzięki wygranej Autumn Durald Akapaw za zdjęcia do Grzeszników. W ten sposób została pierwszą kobietą, oraz niebiałą osobą, która otrzymała tę nagrodę. Tak, przez prawie sto lat ta statuteka trafiała wyłączni do białych chłopów. I jak zawsze, kiedy w jednej z głównych kategorii zostaje wyróźniony przedstawiciel/ka mniejszości, pojawiło się jęczenie, jak to Oscary są niszczone przez lewactwo i polityczną poprawność. Dyskusja na temat tego (jak zawsze przy tych galach), czy zdjęcia do Grzesników rzeczywiście były lepsze od konkurencji to osobny temat, ale to pitolenie o tym, że Oscary to już dostaje się tylko za płeć i kolor skóry są po prostu zakłamywaniem rzeczywistości. Zebrałem do kupy wszystkich nieaktorskich laureatów Oscarów z ostatnich pięciu edycji i pokazać, jak wciąż wielkie są te dyspropocje. Także w kwestii płci. Liczyłem każdą kategorię osobno, więc kilkukrotnych laueratów (Sean Baker w zeszłym roku zgarnął cztery Oscary) danego roku sumowałem jak oddzielnych ludzi.
Jedziemy rok po roku:
2022) 38 nagrodzonych osób. W tym 9 kobiet (23%) i 6 niebiałych osób (15%)
2023) 44 nagrodzone osoby. W tym 9 kobiet (20%) i 13 niebiałych osób (30%)
2024) 37 nagrodzonych osób. W tym 12 kobiet (32%) i 8 niebiałych osób (21%)
2025) 40 nagrodzonych osób. W tym 9 kobiet (22%) i 8 niebiałych osób (20%)
2026) 46 nagrodzonych osób. W tym 12 kobiet (26%), i 11 niebiałych osób (23 %) - tutaj dodam, że 5 z tych 11 osób to muzycy odpowiedzialni za piosenkę do"K-Pop Demon Hunters).
Razem: 205 nagrodzonych osób. W tym 51 kobiet (25%) i 46 niebiałych osób (22%)
Podkreślam: to zestawienie ma pokazać tylko, jak rzeczywiście wyglądają propocję w samych otrzymanych nagrodach. Dyskusję na temat tego jak to się ma do kwestii propocji zatrudnionych w Hollywood osób itp. to osobny temat, na który trzeba poświęcić trochę więcej czasu. To powyżej to tylko taka ciekawostka, mam nadzieję, że pomoże w pewnego rodzaju dyskusjach.
Po tym krótkim statystycznym wstępie zapraszam do normalnej części newslettera.
Trailery
Diuna: Część trzecia
Nie jestem psychonfanem poprzednich części, choć przyznaję, że pod względem widowiska te filmy nie mają sobie w ostatnich latach równych. I tak samo na razie podchodzę do tego trailera — wygląda on obłędnie i chyba jeszcze bardziej epicko nie poprzedniczki. Mam pewne obawy, że ten przesyt może odbić się na fabule, ale i tak czeka nas prawdziwe kinowe wydarzenie.
Pizza Movie
Czas sprawdzić jak Gates Matarazzo sprawdza się poza Stringer Things. Dwóch uczelnianych wyrzutków nierozsądnie bierze narkotyczne tabletki i odkrywa, że dopóki nie zjedzą pizzy, to czeka ich najgorszy trip ich życia. Wygląda to nawet pomysłowo i zabawnie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że jako wychowanek przełomu lat 90 i 00 jestem bardzo podatny na luzackie komedie o naćpanych ziomkach.
Spiderman: Brand New Day
Nie jestem w stanie się podjarać tym filmem, choć doceniam, że tym razem znajdziemy tu sporo nawiązań do czystych, komiksowych głupotek w stylu przypałowych przeciwników itp. Wrzucam tę zajawkę bardziej jako ciekawostkę, bo mamy do czynienia z najpopularniejszym trailerem w historii - według wyliczeń w ciągu pierwszych 24 godzin został odtworzony ponad 718 000 000 razem, detronizując w ten sposób zapowiedź GTA VI.
Newsy
Stewie z “Family Guya” dostanie swój serial

Family Gur doczeka się drugiego, po The Cleveland Show, spin-off, którego bohaterem ma być Stewie. Nowy serial ma opowiadać o jego przedszkolnych przygodach pełnych szalonych wynalazków i podróży w czasie i przestrzeni. Dla mnie brzmi, to jakby Seth MacFaralen zamarzył sobie o własnej wersji Ricka i Morty’ego. Fox zamówiło dwa sezony animacji, a premiera planowana jest na przyszły rok.
DLSS 5 od Nvidii nie zachwycił graczy

Pamiętajcie - tydzień bez narzekania na AI stopy, tygodniem straconym. Tym razem padło na Nvidię, która pochwaliła się możliwościami jakie daje DLSS 5, czyli narzędzie mające według zapowiedzi stanowić największą rewolucję w grafice gier komputerowych od czasu ray tracingu. Algorytmy mają na bieżąco analizować dane z gry i w ten sposób dostosowywać oświetlenie. Problem w tym, że udostępnione nagrania prezentujące, jak DLSS 5 radzi sobie z Resident Evil: Requiem i Hogwarts: Legacy nie zachwyciły graczy, i to delikatnie mówiąc. Trudno się dziwić, bo efekt na razie przypomina nałożenie filtra, który zmienia twarze bohaterów w generyczny AI slop. Jeśli ktoś chce sobie obejrzeć lub poczytać “zachwycone” komentarze to zapraszam do kliknięcia tutaj:
Val Kilmer “wkrzeszony” przez sztuczną inteligencję

Pozostajemy w dystopicznym świecie AI. Według doniesień Deadline niedługo zobaczymy nowy film z Valem Kilmerem w roli głównej. Co prawda ten umarł rok temu, ale od czego są nowoczesne technologie. Na potrzeby As Deep as the Grave, za zgodą jego rodziny, postanowiono odtworzyć go za sprawą generatywnej sztucznej inteligencji. Klimer został obsadzony w głównej roli w roku 2020, ale projekt okazał się niemożliwy do zrealizowania z powodu stanu zdrowia aktora. Reżyser Coerte Voorhees uparł się jednak, że to rola stworzona dla Kilmera. Sam reżyser wypowiada się na ten temat tak:
"When Val came onboard the project five years ago, he immediately identified with the historical southwestern spiritual character of Father Fintan, and understood the importance of elevating awareness of Ann Morris’s incredible story as the first female archaeologist in North America. It was very unfortunate that his health at the time prevented him from playing this role which spoke to him spiritually and culturally. It was that support that gave me the confidence to say, okay let’s do this. Despite the fact some people might call it controversial, this is what Val wanted.”
VR Mety umiera

Nie wiem, czy pamiętacie, ale kilka lat temu, przed wybuchem popularności AI, jedną z technologii przyszłości miała być wirtualna rzeczywistość (po raz trzeci lub czwarty). Jedną z korporacji wieszczących jej świetlaną przyszłość była firma obecnie znana jako Meta (w 2021 roku zmieniła z tej okazji nazwę), która bardzo mocno inwestowała w rozwój Metaverse, czyli ichniego wirtualnego świata. Użytkownicy mogliby tam mieć swoje drugie życie. Teraz pytanie: czy znacie kogokolwiek, kto w ogóle skorzystał kiedyś z tej usługi? No właśnie. W środę poszła w świat wieść, że projekt mają czekać wielkie cięcia kosztów i masowe zwolnienia (około 15 800 miejsc pracy). Od początku projektu Meta miała wydać na niego 80 miliardów dolarów. Pięknie zmarnowane pieniądze.
“Firefly” doczeka się animowanej kontynuacji

Nikt nie ma chyba w sobie takiej nadziei, jak fani Firefly, którzy wciąż czekają na powrót swojego ukochanego serialu. W tym tygodniu pojawiła się długo oczekiwana iskierka nadziei — sam Nathan Fillon ogłosił, że pracuje nad animowaną kontynuacją. Serial ma już mieć skompletowany cały zespół (z oryginalną obsadą) i teraz “jedyne”, czego potrzeba, to studio, które zdecyduje się na realizację. W projekt nie jest zaangażowany JoshWhedon, twórca serialu, który po licznych oskarżeniach o mobbing i znęcanie się psychiczne nad aktorami swoich produkcji wycofał się z życia publicznego.
Fotki z nowego filmu Martina McDonagha

Tak mniej więcej wygląda moja japa, kiedy oglądam pierwsze fotki z Wild Horse Nine, czyli nowego filmu Martina McDonagha. Ta czarna komedia ma rozgrywać się w roku 1973 i opowiadać o dwóch agentach CIA (John Malkovich i Sam Rockwell) wysłanych na Wyspę Wielkanocną. W obsadzie znajdzą się też, między innymi, Steve Buscemi, Parker Posey i Tom Waits. Najbardziej w tym cieszy możliwość, że po latach (chyba od czasów Tajne przez poufne?) posuchy w końcu dostaniemy filmową rolę Malkovicha, w której wykorzystany zostanie jego niesamowity talent. W mało rzeczy wierzę tak mocno, jak w umiejętność McDonagha do wyciągania z jego aktorów tego, co w nich najlepsze. Premiera 6 listopada tego roku.
Więcej zdjęć z filmu znajdziecie o tutaj:
Było oglądane
Bez wyjścia

"We all live in a country called Capitalism" - tak brzmiała odpowiedź, której udzielił Bong Joon Ho na pytanie, dlaczego "Parasite" tak mocno rezonował z ludźmi na całym świecie. Oglądając Bez wyjścia, czyli najnowszy film Park Chan-wooka, trudno nie przypomnieć sobie tych słów.
Trudno też nie porównywać do siebie tych dwóch filmów. W końcu oba prezentują groteskową satyrę na dynamikę ekonomicznych sił we współczesnej Korei Południowej. Jednak o ile dzieło Bonga stanowi kwintesencje nurtu "eat the rich", to obraz Parka przedstawia wizje świata, w którym uczestnicy wyścigu szczurów nie atakują "tych na górze", a skupiają się na wzajemnym wygryzaniu, aby nie spaść jeszcze niżej.
Główny bohater Bez wyjścia zostaje zwolniony z firmy papierniczej (redukcja etatów po przejęciu przez amerykańskich inwestorów), w której spędził dwadzieścia pięc lat. Szybko orientuje się, że rynek pracy w jego zawodzie wygląda nieciekawie, a kiedy natrafia na intratną ofertę, postanawia pozbyć, i to dosłownie, się konkurencji, aby zdobyć pewność, że to on zostanie zatrudniony.
W świecie protagonisty praca stanowi esencję życia, filar jego całej egzystencji. Wydaje się to oczywiste na podstawowym poziomie, bo w końcu to dzięki niej może wieść wymarzone życie i zapewniać byt
swojej rodzinie. Jednak śledząc jego poczynania zaczynamy rozumieć, że tak naprawdę to wszystko to tylko pochodne prestiżu i poczucia spełnienia roli narzucanej przez społeczeństwo. Jestem pewien, że wiem o wiele za mało o Korei Południowej, aby odczytać wszystkie odniesienia i metafory, ale snuta przez reżysera opowieść jest na wielu płaszczyznach uniwersalna dla epoki późnego kapitalizmu.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Park Chan-wook nie jest reżyserem pasującym do konwencji satyry społecznej. Choć w Bez wyjścia znalazło się miejsce na sporo brutalności i scen budzących dyskomfort, to jednak trudno porównywać je do okrucieństwa znanego chociażby z Oldboya czy Służącej. To tylko pozory, bo film bardzo dobrze wpisuje się w charakterystyczne dla jego kina motywy, takie jak złudzenie wolnej woli czy utknięcie w ścisłej hierarchii. Główny bohater nawet nie próbuje usprawiedliwiać swojego zachowania, sądząc, że dosłownie nie ma innego wyboru. Został tak zaprogramowany i podążą wyznaczoną dla siebie drogą.
Choć Park odnajduje się w tym nietypowym dla siebie polu bardzo dobrze, to czasami czuć, że trochę jego styl ma pewne ograniczenia. Wydaje się, że wrzuca do tego barszczu kilka grzybów za dużo, co też nie jest dla niego żadną nowością, ale zazwyczaj komponuje się to z wszelkiej maści fikołkami narracyjnymi i realizacyjnymi, z których słynie. Co prawda, w "Bez wyjścia" też pozwala sobie na pewne szaleństwa, ale przy spokojniejszym sposobie opowieści, ten nadmiar wadzi bardziej niż zazwyczaj.
Bez wyjścia traktuje jak mroczną pocztówkę przesłaną z miejsca, do którego wszyscy zmierzamy.
Dobry chłopiec

Międzynarodowa kariera Jana Komasy nabiera niezłego tempa, skoro w ciągu sześciu miesięcy do kin trafiły dwa jego filmy wyreżyserowane w języku Szekspira. I choć wcześniejsza Rocznica została przyjęta raczej chłodno, to "Dobry chłopiec" ma szansę trochę namieszać.
Mamy tu do czynienia z mrocznym odbiciem nurtu “eat the rich”, w którym to członkowie klasy uprzywilejowanej postanawiają zrobić porządek z pewnym bezkarnym obrzydliwcem, jakim jest niejaki Tommy. Chłopak stanowi ucieleśnienie koszmaru świata social mediów — nie liczy się z nikim i niczym, czas spędza głównie na piciu i ćpaniu, a swoimi (znęcanie się, rozbijania auta po pijaku) wybrykami chwali się na patostreamach. Jednak pewnego dnia zostaje porwany i budzi się przywiązany łańcuchem w piwnicy pewnej imponującej posiadłości. Porywaczami są Chris i Kathryn, małżeństwo mające dość staroświeckie podejście do wychowania, które postanowiło uczynić z Tommy’ego tytułowego dobrego chłopca.
Dużą siłą tego filmu jest umiejętne igranie z widzem i stawianie go w bardzo niewygodnej pozycji, co przywodzi na myśl wczesne obrazy Yorgos Lanthimosa. Wraz z rozwojem fabuły Komasa coraz mocniej podsycają moralny dyskomfort całej sytuacji — Tommy to ludzki śmieć i społeczny szkodnik, ale jego oprawców/wychowawców też trudno uznać za stabilnych psychicznie. Ich metody są odstręczające, ale w pewien sposób kuszące jako o wiele łatwiejsze niż porządne rozwiązania systemowe, które mogłyby pomóc w tym, aby Tommy nigdy nie stał się tym, kim jest. Do tego twórcy sięgają tu po zagrania z konwencji "feel good", które perfidnie próbują rozgrzać nasze serca opowieścią o nawróceniu beznadziejnego przypadku. Człowiek po seansie aż ma ochotę sięgnąć po jakieś wyimki z Nadzorować i karać Michela Foucaulta, aby skorzystać z nich jako mentalnego odpowiednika zimnego prysznica.
Dobry chłopiec ma swoje wady, choćby jeden z wątków pobocznych (pochodzącej z Macedonii Północnej sprzątaczki, która zostaje zatrudniona przez Chrisa i Kathryn), który w założeniu miał dodać kolejne spojrzenie na kwestie skomplikowanej relacji między katem a ofiarą, ale zamiast wzbogacać historię, moim zdaniem trochę za bardzo wskazuje jej właściwą ocenę. Możlwe, że film nie robiłby takiego wrażenie, gdyby nie wyśmienite aktorstwo. Stephen Graham to jak zawsze klasa sama w sobie i bardzo się cieszę, że jego kariera w ostatnim czasie nabiera należytego mu rozmachu. Jednak jeszcze więcej uwagi przyciąga grający Tommy’ego, rewelacyjny Anson Boon, którego w zeszłym roku mogliśmy oglądać w serialowej Strefie gangsterów. Jeszcze będzie o nim głośno.
Jeśli lubicie kiedy kino robi Wam mętlik w głowie i próbuje zaprowadzić Wasze myśli w niewygodne rejony, to seans Dobrego chłopca zapewni Wam odpowiednią dawkę dezorientacji. Oby tak dalej, panie Komasa.
Było czytane
“444” oraz “Miejsce i imię”

Na początku tego roku w ogóle nie znałem twórczości Macieja Siembiedy, a teraz jestem już po przesłuchaniu trzech jego książek i mam ochotę na więcej. Zacząłem od znakomitego Gołoborza, które było tak mroczne, że musiałem po nim odreagować czymś lżejszym. Tak się śmiesznie złożyło, że remedium przyszło od tego samego autora. Kilka dobrych dusz powiedzaiło mi, abym spróbował zabrać się za cykl o Jakubie Kanii, bo w nim Siembieda serwuje świetnie napisaną i inteligentną literaturę rozrywkową. Po przesłuchaniu dwóch pierwszych tomów, 444 oraz Miejsce i imię, mogę się pod tą opinią podpisać obiema rękami.
Kim właściwie jest Jakub Kania? To rzutki i honorowy prokurator śledzczy IPN (nie bójcie się, nie z politycznego nadania), który posiada niesamowity talent do rozwiązywania historycznych zagadek. W pierwszym tomie trafia na trop tajemniczego, zaginione obrazu Jana Matejki, który może okazać się kluczem do spełnienia przepowiedni o pogodzeniu świata Islamu i Chrześcijaństwa. W drugim natomiast dostaje zadanie odnalezienia grobu zamordowanych w obozie zagłady żydowskich jubilerów, co ma pomóc w odkryciu pewnego legendarnego diamentu. Obie te sprawy wrzucają bohatera do sieci spisków, nieoczywistych powiązań i bardzo niebezpiecznych ludzi.
Siembieda w swoich książkach świetnie łączy współczesną narrację z wątkami historycznymi sięgającymi bardzo daleko w przeszłość. Trzeba mu oddać, że posiada niezwykły literacki spryt, za sprawą którego bierze na warsztat pogłoski i historyczne legendy, obudowojąc je w taki sposób, że wszystko wydaje się jak najbardziej legitne. Gdy dodamy do tego sprawne pióro, galerie barwnych postaci i intrygujące zwroty akcji, to otrzymujemy wzór literatury rozrywkowej, która nie obraża inteligencji czytelnika. Ja od tego rodzaju książek nie wymagam nic więcej i bardzo się cieszę, że mamy w Polsce autora, który jest tak dobry w ich pisaniu. Już jestem ciekaw, jaką tajemnicę prokutor Kania odkryje w kolejnym tomie.
Brzask

Komiks, dzięk któremu Jacek Świdziński już po raz trzeci zdobył nagrodę dla najlepszego polskiego albumu roku na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi (choć w moim sercu zwycięzcą pozostaje genialna Smoła Piotra Marca). Z tym tomem związany był pewien problem - został wydany nakładem warszawkiego Muzeum Karykatury, a jego (darmowa) dystrybucja była bardzo ograniczona, przez co trafił do dość wąskiego grona czytelników, reszta musiała obejść się smakiem. Jednak teraz, za sprawą Kultury Gniewu, Brzask został wznowiony w o wiele większym nakładzie. Całe szczęście, bo, jak to ze Świdzińskim bywa, jest to rzecz wyśmienita. Autor przedstawia w nim losy grupki ocalałych z powstania warszawskiego próbujących odnaleźć się w mieście, w którym dopiero co zakończyła się wojna. Tragiczne historie łączą się tu z powoli budzącą się nadzieją na to, że życie znowu stanie się możliwe. Świdziński w przejmujący sposób oddaje nastrój świata budzącego się z koszmaru, w którym nawet najmniejszy gest ludzkiej życzliwości wyrasta do rangi bohaterskiego czynu. To także dowód na to, z jak wszechstronnym artystą mamy do czynienia, bo Brzask różni się zarówno od jego pierwszych komiksów, jak i niedawnego Festiwalu. Możliwe, że to jego najbardziej przystępny formalnie album, co nie znaczy, że nie znalazło się miejsca na kilka przewrotnych eksperymentów. Mało kto w Polsce tak dobrze potrafi operować językiem komiksu, więc bardzo dobrze, że kolejne dzieło Świdzińskiego jest od teraz dostępne dla wszysktich zainteresowanych.

